lato w warzywniku

Warzywnik na półmetku

Od św. Anki zimne wieczory i ranki – mówi staropolskie przysłowie. Niestety, ta mądrość ludowa ma wiele wspólnego z rzeczywistością, wraz z nadejściem sierpnia wyraźnie czuć, że dni stają się krótsze, a na wieczorny spacer trzeba wziąć dodatkowe okrycie. Zupełnie się tym nie martwię.

Sierpień napawa mnie lekko nostalgicznie, zachęca do tego, by zwolnić, chwilę odetchnąć po intensywności czerwcowej lipcowej pełni sezonu.

Świadomość, że teraz musimy zaakceptować ogród i warzywnik taki, na jaki pozwolił nam ten sezon jest niezwykle kojąca. Za niczym nie trzeba już gonić.
Co wyrosło – rośnie, co trzeba zebrać, powoli się zbiera, nic już nie da się naprawić, a jedyne co nam pozostało, to zastanowić się czy jeszcze możemy coś wysiać na jesienny zbiór i zaplanować sadzenie i sianie warzyw, które zimę spędzą w gruncie.

Uwielbiam sierpień za plony. Wyrywanie z ziemi dorodnej marchewki, która przecież dopiero co trafiała do gleby w postaci małego ziarenka, daje mi niesamowite poczucie sprawczości. Strasznie lubię krzątać się po warzywniku z koszykiem i zbierać warzywa, które już dojrzały, a potem zamieniać je w pyszne dania.

Cebula i czosnek schnące na powietrzu są dla mnie jak małe dzieła sztuki. Koszyk dojrzałych pomidorów zawsze wywołuje uśmiech, podobnie zresztą jak smak ogórków prosto z krzaczka, takich chrupiących, lekko słodkich.

Warto cieszyć się takimi chwilami i je celebrować.

Staram się nie marnować plonów i tak planować zbiory, by trafiały na nasze talerze przez cały tydzień. To czas, kiedy bardzo rzadko robimy zakupy, bo większość potrzebnych nam produktów mamy w ogródku, a chleb pieczemy sami. Jeśli czegoś nie jesteśmy w stanie zjeść na bieżąco, zamykam to w słoiki lub mrożę.

W sierpniu coraz więcej rabat staje się pustych. To czas zbioru czosnku i cebuli (to, że są już dojrzałe poznacie po żółknących szczypiorach, a w przypadku cebuli będą się one także łamały). Z grządek znikają krzaczki ziemniaków, rządek marchewki staje się coraz krótszy, a pierwsza wiosenna fasolka przestaje plonować.

Puste miejsca można wykorzystać siejąc warzywa na poplon.

Już trochę za późno na większość warzyw (o terminach siewu na jesienny zbiór pisałam w jednym z wcześniejszych artykułów), ale nadal jest wiele takich, które siane w sierpniu, dadzą zbiory jesienią.

U mnie na grządce po ziemniakach zaczyna już kiełkować rzodkiewka, wystawiając nad ziemię charakterystyczne serduszkowate listki. Rozsada sałaty (moja jest siana w lipcu, ale na lokalnych bazarkach nadal można znaleźć gotową) idzie w miejsce po fasoli, a w gruncie pęcznieją już nasiona dwóch odmian szpinaku.

W pierwszym tygodniu sierpnia będę jeszcze siała sałatę na zimowanie, roszponkę i rukolę.

Wolne miejsca zapełniam też rozsadą warzyw sianych na przełomie czerwca i lipca: kalarepą, kapustą pekińską, pak-choi i brokułami gałązkowymi. Do tych warzyw o tej porze roku lubią dobierać się gąsienice, niemal doszczętnie objadając listki, więc warto je teraz szczególnie monitorować.

Mam już pierwsze przemyślenia z tego sezonu – co poszło dobrze, a co chciałabym zrobić inaczej, co wymaga zmiany, a co wręcz przeciwnie, świetnie się sprawdza. Staram się notować na bieżąco wszystkie takie przemyślenia, by jak tylko czas na to pozwoli wprowadzać poprawki w warzywniku.

Każdy kolejny sezon to niesamowita nauka i nie chcę, żeby cokolwiek mi uciekło.

Tym razem po raz pierwszy myślę o eliminowaniu niektórych warzyw z ogródka, szczególnie takich, które zajmują sporo miejsca, a dają niewielki plon. Rozważam też małą rewolucję w samym ogrodzie, chciałabym diametralnie przearanżować przedogródek.

No widzicie! Jak może mi być szkoda odchodzącego sezonu, skoro kolejny już się do mnie uśmiecha z ekscytującymi projektami?

A99897BF-C22C-4E7E-BD5E-37ADDA94C437

Mądre podlewanie

Kiedyś myślałam, że im częściej będę podlewać, tym bardziej rośliny będą szczęśliwe. Błąd. Częste podlewanie rozleniwiało rośliny. Po co miały wypuszczać długie, zdrowe korzenie w poszukiwaniu wody, skoro cały czas miały ją tuż pod powierzchnią gleby? Gdy przyszły wielkie upały, wierzchnia warstwa ziemi zaczęła się mocno nagrzewać i wysychać w rekordowym tempie. Teraz jestem mądrzejsza o to doświadczenie. Podlewam tak rzadko, jak tylko się da.

Minusy częstego podlewania

Częste podlewanie wypłukuje z ziemi składniki odżywcze i rozleniwia rośliny. Nie mają powodu by się zdrowo, głęboko korzenić w poszukiwaniu wody, skoro cały czas mają ją dostępną tuż przy powierzchni. Płytko ukorzenione rośliny w upały cierpią najbardziej, mogą wręcz obumrzeć.

Uwaga na smak! Zbyt często podlewane rośliny mają mniej smaku, jest on jakby rozwodniony. To jednak nie znaczy, że rośliny warto celowo przesuszać. Najlepiej utrzymywać stabilny poziom wilgotności gleby.

Wahania wilgotności to nic dobrego. Uszkodzone owoce, niedobory, osłabione rośliny – to efekt dużych wahań wilgotności wskutek obfitych opadów lub zbyt intensywnego podlewania. Idealnie, gdy ziemia pod warzywami jest stale wilgotna, ale nie ociekająca wodą.

Piszę ten post w lipcu, gdy cały warzywnik aż tętni zielenią. Od wczesnej wiosny mój ogród podlewałam dosłownie kilka razy. I, choć sama jestem tym zaskoczona, zupełnie to wystarcza!

Dlaczego się to udaje?

  • niewątpliwie w ostatnich latach sprzyja mi pogoda. Co jakiś czas trochę pada, pomagając mi w podlewaniu. Mam też to szczęście, że pada wtedy, gdy akurat jest to potrzebne (np. na etapie przenoszenia rozsady w grunt). Gdyby nie opady, pewnie musiałabym podlewać jeszcze jakieś dwa dodatkowe razy. 
  • od początku przyzwyczajam rośliny do małej ilości wody. Podlewałam je tuż po przesadzeniu rozsady w grunt, a potem tylko wówczas, gdy widziałam, że ziemia już mocno wyschła, ale bardzo obficie. Dzięki temu rośliny szukały wilgoci w głębi ziemi lepiej się korzeniąc. 
  • dokładnie ściółkuję rabaty słomą i skoszoną trawą. Ściółka robi ogromną różnicę. Trzeba tylko pamiętać, by trawy nie układać zbyt grubą warstwą, bo zagniwa, lub użyć jej dopiero po lekkim przesuszeniu. 

Podlewaj dobrze

Najlepsza pora na dostarczenie roślinom wody to poranek lub wczesny wieczór. Podlewanie w ciągu dnia sprawia, że rośliny łatwo poparzyć, gdy na wilgotne liście będzie mocno świecić słońce. W około-południowych godzinach parowanie wody, a zatem jej straty, będzie też największe.

Z kolei podlewanie tuż przed zmierzchem może sprawić, że na roślinach długo utrzyma się wilgoć uwielbiana przez ślimaki i sprzyjająca chorobom grzybowym.

Najlepiej podlewać rzadziej, a bardziej obficie niż częściej, a po trochu. Mała ilość wody wsiąka tylko pod powierzchnię, która szybko się nagrzewając sprzyja parowaniu. Gdy wody jest dużo, wsiąka głębiej, zapewniając wilgoć przy korzeniach.

Nie ma jednej zasady co do niezbędnej częstotliwości podlewania, zależy ona od jakości gleby w ogrodzie, jej przepuszczalności, regionu jego specyfiki, ilości opadów w ciągu roku. Żeby sprawdzić, czy ogród wymaga już podlewania warto odkryć nieco wierzchniej warstwy gleby (która zwykle wygląda na suchą) i sprawdzić, czy faktycznie nie ma już wilgoci. Doskonałym wskaźnikiem są też rośliny, jeśli więdną, trzeba jak najszybciej interweniować. Lepiej jednak nie doprowadzać ich do takiego stanu.

Warto pamiętać też, że im mniejszy „pojemnik”, w którym rosną rośliny, tym szybciej ziemia będzie przesychać i wymagać podlewania. Donice trzeba monitorować nawet codziennie.

Sprzęty do podlewania

Najbardziej lubię podlewanie kropelkowe. Mam je rozłożone w całym warzywniku, w tym w skrzyniach na tarasie. Planujemy uzupełnić linie także w pozostałych częściach ogrodu, bo to niesamowita oszczędność czasu poświęcanego na podlewanie oraz wody, która rozsączając się wsiąka w ziemię przy korzeniach roślin.

Raz na jakiś czas, 2-3 razy w sezonie, w warzywniku uruchamiam także natrysk wahadłowy, żeby dokładnie podlać ziemię pomiędzy liniami kroplującymi. Taki natrysk świetnie sprawdza się również w przypadku podlewania dużych powierzchni trawnika czy rabat.

Podlewając punktowo zawsze sięgam po końcówkę z prysznicem. Pozwala łatwo sięgnąć pod korzeń roślin, strumień nie zbija ziemi i bardzo wygodnie się nią operuje. Taką lancę podłączam do jednego z węży, które mamy na cały sezon, dla wygody, rozłożone w ogrodzie. To naprawdę niesamowite ułatwienie.

A moim ulubionym sprzętem jest bęben z samozwijającym wężem, który zamontowaliśmy w tym sezonie. Prawdziwy gamechanger. Razem z nim skończyła się epoka węży plączących się przy ujęciu wody.

Kiedy kilka lat temu budowaliśmy dom, wszystkie rynny zostały podłączone do studni chłonnych. Woda, która ścieka z naszego dachu, trafia z powrotem do ziemi. Gdybyśmy budowali dom dziś, z pewnością zamontowalibyśmy zbiornik na deszczówkę, by móc ją wykorzystać do podlewania roślin. To najlepsza woda, jaką możemy im dać.

Alternatywą, którą zastosowaliśmy na działce ROD jest tysiąclitrowy zbiornik typu mauser i beczki. W tym sezonie nie zdążyliśmy ich jeszcze podłączyć do rynien, zrobimy to w kolejnym sezonie, ale napełniliśmy wodą ze studni, by nieco odstała i się nagrzewała. Taka woda jest dla pomidorów, bakłażanów i ogórków zdecydowanie lepsza.  

Grecka musaka

Grecka musaka z bakłażanem

Zupełnie bez powodu nie pałałam miłością do tego dania. Nigdy nawet go nie próbowałam, więc niechęć była zupełnie nieuzasadniona. Nagły wysyp bakłażanów sprawił jednak, że zaczęłam szukać kolejnych sposobów na ich przetworzenie, a jednym z najbardziej podstawowych jest właśnie musaka. Sprawdziłam składniki – wszystkie ok, ale nadal byłam sceptyczna. Uznałam jednak, że bakłażany jakość trzeba wykorzystać, a gdyby mi musaka nie posmakowała, to z pewnością moje porcje chętnie przejmie Mąż, który musaki już kiedyś próbował i twierdził, że mu smakuje. Z braku argumentów „na nie” przystąpiłam do wykonania. I wiecie co? Musaka to mistrzostwo świata! Ta zapiekanka jest tak smaczna, ze właśnie biorę się za przygotowanie drugiej porcji na mrożenie, dopóki jeszcze w ogródku mam bakłażany.

Czego potrzebujesz:

  • 800 g mięsa mielonego (u mnie wołowina i indyk)
  • 500 g ugotowanych dzień wcześniej ziemniaków (ważne, żeby były dobrze ostudzone)
  • 4 duże bakłażany (muszą wystarczyć na dwie warstwy w naczyniu żaroodpornym)
  • 2 marchewki
  • pół litra przecieru pomidorowego (np. passaty)
  • 2 cebule
  • kilka ząbków czosnku
  • przyprawy: zioła greckie lub oregano, płatki chilli, szczypta cynamonu, sól i pieprz
  • odrobina oleju

Sos beszamelowy

  • pół litra mleka (ja użyłam owsianego)
  • 30 g masła
  • 30 g mąki
  • przyprawy: sól, pieprz i gałka muszkatołowa

Wykonanie:

  • zaczynamy od pokrojenia na plastry bakłażana (ok. 0,5 cm). Rozkładamy do na ręczniczku, delikatnie solimy i zostawiamy na 15 min. Kropelki, które się w tym czasie wytworzą osuszamy ręcznikiem papierowym. Teraz rozgrzewamy patelnię grillową (zwykła tez da radę) z niewielką ilością oleju i grillujemy bakłażany.
  • cebulę i czosnek siekamy, marchewkę ścieramy na tarce do warzyw. Na dużej patelni rozgrzewamy ok. 3 łyżki oleju i podsmażamy na niej kolejno: dużą szczyptę chilli i czosnek, po chwili dorzucamy cebulę, a jak się zeszkli dodajemy marchewkę. Dusimy aż zmięknie.
  • do warzyw dorzucamy mięso mielone i dokładnie mieszamy. Chwile (4-5 min) podsmażamy, a następnie dolewamy przecier pomidorowy. Dusimy długo na małym ogniu, aż znaczna część płynu się zredukuje ( u mnie ponad 20 min). Doprawiamy ziołami, cynamonem, solą i pieprzem.
  • w dużym naczyniu żaroodpornym układamy po kolei warstwy: połowę plastrów bakłażana, pokrojone w plastry ziemniaki oraz farsz z warzyw i mięsa. Układamy kolejna warstwę bakłażana, a na nią sos beszamelowy.

sos beszamelowy: na patelni rozpuszczamy masło, dodajemy mąkę i mieszamy. Powoli, cienkim strumieniem dolewamy mleko, cały czas mieszając, żeby nie powstały grudki. Doprawiamy gałką muszkatołową, sola i pieprzem, chwilę podsmażamy aż zgęstnieje.

  • gotową musakę wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i zapiekamy przez 40 minut.

Smacznego!

Przetwory ładnie ubrane

Przetwory ładnie ubrane

Perfekcjoniści, żeby nie powiedzieć pedanci, tak mają. Musi być ładnie, nawet jeśli chodzi o półkę w garażu. Strasznie wkurzał mnie wieczny chaos, jaki na niej panował – słoiki z przetworami ustawialiśmy tak, jak akurat wychodziły z kuchni. W związku z tym przetwory zeszłoroczne stały z tyłu półki, tegoroczne ogórki miksowały się ze słoiczkami z dżemem. Może nie kłuło by mnie to tak bardzo w oczy, gdyby nie fakt, że w garażu jestem przynajmniej dwa razy dziennie, więc półka z przetworami regularnie przypominała mi o swoim smutnym, chaotycznym istnieniu.

Musiałam powiedzieć temu stop, inaczej wspomniany perfekcjonizm by mnie wykończył. Problem w tym, że nie miałam pomysłu jak ogarnąć cały system. Uznałam, że półce w garażu też czasami należy się katharsis, dlatego w pierwszej kolejności na niej posprzątałam, przy okazji przynajmniej z grubsza segregując przetwory.

To jednak tylko połowa sukcesu. Zdecydowanie potrzebowałam jakiegoś systemu oznaczania przetworów, bo już kilka dni po ich wyprodukowaniu zapominałam, co jest w słoiku. Naklejki na pewno odpadały – dotychczasowe moje doświadczenia z nimi były raczej negatywne. Naklejam i jest pięknie. A potem pozbądź się człowieku takiej naklejki (nawet tej, która miała się odklejać bezproblemowo)… Sama nie odchodzi, w myciu obkleja cały słoik, resztki papieru zostają nawet po zmywarce. Masakra. Może kiedyś wyprodukuję sobie sama naklejki, które nie zostawiają kleju przy ich usuwaniu, na razie jednak musiałam znaleźć inny sposób.

Dla uroku słoiczków postawiłam na materiałowe kapturki. To w sumie po nic potrzebne, ale wygląda ładnie. Po opróżnieniu zawartości słoika materiał upiorę i będę mogła wykorzystać w kolejnym roku. A jak rozwiązałam problem oznaczenia tego co jest w słoiku? Po prostu przyczepiłam ładną karteczkę. Banalnie proste, a działa. Nie będę musiała się z tym mocować przy usuwaniu, wystarczy przeciąć nożyczkami i do kosza. Do tego wygląda całkiem ładnie.

Pewnie zadajecie sobie pytanie, czy to oznaczanie słoików rzeczywiście jest takie ważne. Dla mnie jest. Dotychczas do spiżarni przetwory trafiały losowo, słoiki się miksowały, często nawet nie wiedziałam z jakiego są roku. Raczej zjadamy większość przetworów w ciągu jednego roku, ale różnie bywa. W takiej sytuacji warto byłoby wcześniej sięgnąć po starsze słoiki. Problem w tym, że nie wiem, które są starsze, bo hejtując naklejki w żaden sposób nie oznaczyłam przetworów. Inny problem to zawartość. O ile ogórki kiszone łatwo rozpoznać, o tyle rozróżnienie dżemu z jagody kamczackiej, jagody i jeżyny jest w zasadzie niemożliwe, a czasami ma się ochotę na bardzo konkretny smak (dam się pokroić za dżem z jagody kamczackiej).

A poza tym uważam, że trzeba otaczać się pięknem. Za każdym razem będąc w garażu na pewno uśmiechnę się do moich ładnych słoików z przetworami 🙂

5AC8DD81-BCDF-4991-BB39-8CEE5E70EC2F

Kiedy siać na jesienny zbiór

Kiedy żar leje się z nieba, a dni trwają do 21 z minutami nikt nie myśli o jesieni. Jednak, jeśli także o tej porze roku chcesz zbierać plony z własnego ogrodu, to właśnie nadchodzi czas, kiedy trzeba na poważnie się wziąć za siew lub przygotowanie rozsady na jesień.

Ostatni tydzień czerwca i pierwsze dwa (a nawet trzy, w przypadku niektórych warzyw) tygodnie lipca to najlepsza pora na zaplanowanie jesiennego warzywnika. Potem może być już nieco zbyt późno.

Skąd wiadomo, w jakim terminie siać warzywa na jesienny zbiór?

Wszystko zależy od dwóch czynników:

  • tego, kiedy w danym regionie pojawiają się pierwsze przymrozki
  • oraz tego, ile czasu dana roślina potrzebuje na wzrost i wydanie plonu

Po letnim przesileniu dni robią się coraz krótsze. Wraz z początkiem sierpnia noce zaczynają być chłodniejsze, a to sprawia, że wracają warunki, które wiele gatunków znosi zdecydowanie lepiej niż upały.

Jednocześnie ziemia jest przyjemnie ciepła, co przy właściwym, regularnym podlewaniu, zapewni naszym jesiennym warzywom idealne warunki do kiełkowania i wzrostu. Warzywa potrzebują na to średnio ok. 12-14 tygodni.

Od terminu pierwszych spodziewanych przymrozków trzeba odliczyć wspomniane 12-14 tygodni wstecz. Dodatkowo, jako, że dni stają się w tym czasie coraz krótsze i chłodniejsze, a pogoda nie zawsze dopisuje, warto doliczyć jeszcze dodatkowy tydzień lub dwa zapasu.

Na Lubelszczyźnie, gdzie mieszkam, pierwsze przymrozki zwykle zdarzają się na początku października. 12-14 tygodni wstecz od tego momentu wypada w sam środek lipca.

Jednocześnie, biorąc pod uwagę czas trwania dnia, spadającą temperaturę i fakt, że jeśli gdzieś będzie chłodno, to raczej na wschodzie, zwykle doliczam do czasu wskazanego na opakowaniu nasion 1,5-2 dodatkowe tygodnie.
Łatwo policzyć, że optymalnym terminem siewu na jesienny zbiór u nas jest przełom czerwca i lipca oraz pierwsze dni lipca.

Oczywiście nie od razu sieję wszystkie warzywa, z tymi, które potrzebują mniej czasu na wzrost chwilę czekam lub sieję je dwa razy. Te, które potrzebują kilku tygodni, sieję najpóźniej w pierwszych dniach lipca.

Co siać i sadzić z myślą o jesiennym ogrodzie?

  • ogórki – to może nie jest warzywo na typowo jesienny zbiór, ale posiane na przełomie czerwca i lipca zdąży wydać owoce zanim zrobi się bardzo zimno. Bywało, że nasze ogórki siane właśnie o tej porze roku na późniejszy zbiór, plonowały aż do października. Oczywiście liczba owoców nie jest tak duża jak przy wiosennym wysiewie, ale przyznacie, że świeży ogórek z grządki we wrześniu musi smakować nieziemsko.
  • buraczki i marchewka – im wcześniej posiejemy te warzywa, tym lepiej, bo zdążą wydać ładne korzenie. Jednak przecież i młoda, średniej wielkości marchewka i buraczki nie największego rozmiaru, w kuchni się przydadzą. Ja i buraczki i marchewkę na jesień staram się siać najpóźniej w pierwszych dniach lipca.
  • fasola – to warzywo sieję zarówno w ostatnim tygodniu czerwca, jak i dwa-trzy tygodnie później, a potem nawet pod koniec lipca lub na samym początku sierpnia. Bywa, że fasola z ostatniego siewu nie zdąży wydać owoców lub wyda ich bardzo mało, ale tylko w jednym roku się mi to zdarzyło. No i kto nie ryzykuje, ten nie zjada fasolek w październiku 😉
  • kalarepa – nigdy mi się nie nudzi, więc najchętniej miałabym ją cały rok, ale to warzywo nie przepada za upałami, twardnieje lub nie chce wykształcać główek. Dlatego najczęściej sieję ja dwukrotnie na rozsadę wiosenną (początek marca i początek kwitnienia), a następnie dopiero w lipcu, żeby zdążyła wykształcić dorodne zgrubienia we wrześniu.
  • pak choi i kapusta pekińska – te warzywa nie lubią lata, najlepiej rosną wiosną i jesienią, choć jeśli wiosna jest ciepła bardzo szybko zaczynają wytwarzać pęd kwiatowy. Jesienna uprawa daje większe szanse na powodzenie. Ja sieję je w pierwszych dniach lipca.
  • jarmuż – rzadko sieję to warzywo na jesienny zbiór, dlatego, że mam go sporo w warzywniku z siewu wiosennego. Jarmuż jest odporny na chłód, więc świetnie poradzi sobie w warzywniku przez całą zimę, obdarowując całą masą smacznych listków, idealnych do zielonych koktajli. Kto nie wysiał go wiosną, na przełomie lipca i sierpnia ma ostatni moment by to zrobić.
  • sałata – niestety, przy zbyt dużym upale i długim dniu sałata bardzo łatwo zaczyna wytwarzać pęd kwiatowy, jednak na rynku już pojawiły się odmiany bardziej odporne. Po krótkiej przerwie w czerwcu, w okolicach pierwszej dekady lipca można już zaczynać siać sałatę na jesienny zbiór. Ja zwykle potem dosiewam ją jeszcze raz, w sierpniu, z przeznaczeniem na uprawę zimową.
  • groszek – to warzywo często reaguje mączniakiem na letnie upały, zaś posiane w połowie lipca zdecydowanie lepiej sobie poradzi.
  • burak liściowy – to warzywo, które świetnie radzi sobie z chłodami. Odrobina niskiej temperatury pięknie podkreśla kolor łodyżek i blaszki liściowej, szczególnie odmian różowych, żółtych i czerwonych. Buraki liściowe sieję na początku lipca, potem zostawiam je w gruncie przez cała zimę. Okrywane lub gdy zima jest łagodna, potrafią wydawać listki bardzo długo, a wiosną obdarzyć nas bonusowym pakietem pysznych ogonków.
  • szpinak – ten z jesiennego siewu udaje się zdecydowanie lepiej, niż siany wiosną. Wiosenny szpinak często wybija w pędy kwiatowe, ten siany na jesień serwuje nam świeże listki przez cały wrzesień, październik i listopad. Wiosną z kolei zamienia się w prawdziwą szpinakową dżunglę. Sieję szpinak ok. drugiej lub na początku trzeciej dekady lipca.
  • rzodkiewki – obecnie na rynku jest sporo odmian nieźle znoszących upały, dzięki czemu siew można zacząć nieco wcześniej, a generalnie to warzywo można siać aż do września. Ja z siewem na jesienny zbiór czekam do połowy lub nawet trzeciego tygodnia lipca.
  • brukselka – nigdy wcześniej nie siałam tego warzywa w lecie, ale w tym roku spróbuję. Mam nadzieję, że roślina zdąży wykształcić dorodne łodygi i da mi niezły plon wczesną wiosną. To będzie taki mój test 🙂

Aby zwiększyć szanse na powodzenie jesiennych upraw, warto zapewnić roślinom dobre warunki do wzrostu. Niezłym patentem jest sianie nasion nieco głębiej, by trafiły na chłodniejszą i bardziej wilgotną glebę.

Do czasu skiełkowania warto trzymać paletkę z rozsadą we w miarę chłodnym miejscu. W pierwszym okresie warto nie tylko pilnować regularnego podlewania młodych roślin, ale też nieco je zacieniać, by lepiej znosiły upał.

co siać w kwietniu

Powodzenia w jesiennych uprawach!

Jeśli te informacje okazały się dla Ciebie przydatne, możesz postawić mi kawę na buycoffee, portalu wspierającym twórców internetowych 🙂

O terminach siewu i sadzenia warzyw przez cały rok pisałam także w poniższym artykule. Znajdziesz tam m.in. porady na temat siewu warzyw do uprawy zimą.

56CEBA74-3FC3-408B-A108-4EB70D3BD3F4

Chroń rośliny przed upałem

Letnie upały nie sprzyjają roślinom. Mało które lubią rosnąć w palącym słońcu, przy temperaturze powyżej 30 stopni. Może to prowadzić do poparzeń, a przy dużej wilgotności powietrza, sprzyja chorobom.

Szczególnie trudno mają rośliny w szklarni, gdzie przy dużym nasłonecznieniu temperatura może wzrosnąć nawet powyżej 50 stopni Celsjusza. Jednak dzięki kilku prostym patentom, ułatwisz swoim roślinom przetrwanie upałów.

Podlewaj regularnie

Nie chodzi o to, aby podlewać rośliny codziennie, oczywiście za wyjątkiem tych, które rosną w donicach, łatwo ulegających przesuszeniu. Nawet w upały wystarczy podlewać raz na kilka dni (częstotliwość zależy od tego, jaką masz glebę w ogrodzie – mocno przepuszczalną trzeba podlewać częściej).

Kluczem jest mądre podlewanie – lepiej podlać raz na kilka dni solidnie, niż codziennie po trochu. W ten sposób woda dostanie się głęboko stanowiąc rezerwuar wilgoci, do której korzenie roślin dostaną się bez problemu.

Nigdy nie lej wody na liście roślin, w ten sposób najłatwiej o poparzenia i choroby. Staraj się kierować strumień bezpośrednio pod korzeń rośliny. Świetnie pomaga w tym specjalna lanca do podlewania.

Ściółkuj

To robi ogromną różnicę. Ziemia pod ściółką, nawet w upały, jest wilgotna i chłodna. Moja ulubiona ściółka to słoma, ale używam też skoszonej trawy, kory, kompostu, świetną ściółką są również zrębki.

Zacieniaj

Nie jestem fanką chlapania wapnem po suficie szklarni, ale maty cieniującej już tak. Sprawdzi się nawet stara firanka. Cokolwiek, co ograniczy nieco dopływ promieni słonecznych do roślin będzie dla nich zbawieniem w upał. W rekordowo upalne dni warto nieco zacieniać nie tylko szklarnię, ale i rośliny w gruncie, rosnące w miejscach, gdzie nie ma przewiewu. Wystarczy położyć na nie tkaninę delikatnie przepuszczającą światło.

Wietrz

W upały otwórz wszystkie drzwi i okna w szklarni. Jeśli masz taką możliwość, wyjmij jeden z paneli naprzeciwko drzwi w szklarni, by tworzył się naturalny przewiew. Dobra wentylacja jest podstawą utrzymania zdrowia roślin.

Chłódź

Dobrym sposobem na obniżenie temperatury w szklarni jest polanie podłogi zimną wodą.

W ogrodzie, wieczorem, gdy słońce nie operuje już tak intensywnie, możesz uruchomić natrysk wahadłowy, podleje rośliny i obniży temperaturę. Świetnym patentem w przypadku szklarni jest włączenie wentylatora, który „poruszy” nieco powietrze.

Kruche rogaliki z truskawkami

Kruche rogaliki z owocami

Kupuję kilogram owoców spodziewając się, że znikną w kilka minut. Znika część. Duża część. A reszta stoi. Chowam do lodówki, żeby nie gniły, jednak na drugi dzień to już nie to samo. I tu wskakują rogaliki. Banalnie proste, można do nich użyć każdego owocu, jaki akurat jest w ogrodzie, lub który zalega w lodówce niezjedzony. Jak nie ma owocu, to można nadziać dżemem lub musem ze zmielonych orzechów. Świetny sposób na zero waste!

W moim segregatorze ze sprawdzonymi przepisami na ciasta, które zawsze się udają mam kilkanaście przepisów na rogaliki. Wszystkie jednak muszą ustąpić miejsca przepisowi na kruche rogaliki drożdżowe z Kwestii Smaku. Jest banalnie prosty i daje genialnie pyszny efekt. Zresztą jak wiele przepisów Asi z Kwestii Smaku.

Potrzeba:

  • 250 g mąki pszennej
  • 100 g miękkiego masła
  • 1/4 szklanki ciepłego mleka
  • 25 g świeżych lub 12 g suchych drożdży
  • 1 jajka
  • 2 łyżeczek cukru pudru
  • 1 łyżeczki ekstraktu z wanilii

Wykonanie:

  • Na początek trzeba rozetrzeć masło z mąką, powstanie coś na kształt kruszonki.
  • W kubku z ciepłym mlekiem mieszamy drożdże ze szczyptą cukru pudru, mieszamy i przykryte ściereczką odstawiamy do wyrośnięcia.
  • W międzyczasie ubijamy jajko z pozostałym cukrem-pudrem i dodajemy je do mąki zmieszanej z masłem. Całość wyrabiamy. Początkowo może się wydawać, że ciasto jest zdecydowanie zbyt luźne, jednak wraz z wyrabianiem robi się coraz bardziej suche i gładkie. Kiedy przestaje się kleić do rąk wyrabiamy jeszcze chwilę, formujemy kulkę i odstawiamy na dwie godziny do lodówki. Ja często też zostawiam je w lodówce na całą noc, dzięki czemu mamy pyszne i świeżutkie rogaliki na śniadanie.
  • Po wyjęciu z lodówki ciasto dzielimy na trzy części i kolejno rozwałkowujemy je na okrągły placek. Im bardziej okrągły, tym bardziej kształtne będą rogaliki.
  • Rozwałkowane ciasto dzielimy na 8 równych trójkątów, na każdym z nich układamy nadzienie, mniej więcej w ilości niepełnej 1 łyżeczki.
  • Zwijamy od podstawy każdego trójkąta do jego czubka. Ostatni etap to rozłożenie rogalików w lekkich odstępach na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia oraz pieczenie ich przez 15 min. w 200 stopniach Celsjusza.
  • Można je posmarować lukrem lub posypać cukrem-pudrem.
Letnie ciasto z owocami

Letnie ciasto z owocami

Ten przepis jest tak prosty, że jego przygotowanie zajmie Ci zaledwie chwilę. W mojej kuchni to ciasto pojawia się wraz z pierwszymi truskawkami z ogrodu, a powoli znika jesienią, kiedy kończą się owoce. Nie znika jednak całkowicie. Kiedy zimą zatęsknię za smakiem lata, sięgam po owoce mrożone, maślankę i w domu znów roztacza się ten niezwykły zapach letniego ciasta.

Możesz je przygotować z kruszoną lub tylko posypać górę cukrem-pudrem.

 

Potrzebujesz:

  • 2 i 1/2 szklanki mąki pszennej
  • 3/4 szklanki cukru lub zamiennika. Ja zwykle stosuję ksylitol
  • 3 łyżeczek proszku do pieczenia
  • 1 cukru wanilinowego lub kilku kropli esencji waniliowej
  • 3 jajek
  • 1 szklanki maślanki
  • 1/2 szklanki oleju
  • 400-500 g owoców

Kruszonka:

  • 100 g mąki
  • 70 g masła
  • 50 g cukru-pudru


Przygotowanie:

Zapowiadałam, że będzie superprosto dlatego:

  • wystarczy wymieszać ze sobą wszystkie składniki (poza owocami) i powstałą masę przełożyć do średniej wielkości blaszki wyłożonej papierem do pieczenia
  • na ciasto wyłożyć owoce, te większe podzielić na mniejsze części
  • jeśli przygotowujesz wersję ciasta z kruszonką to zmieszaj jej składniki rękami (tak, żeby masło dobrze połączyło się mąką i cukrem) i wyłóż na owoce
  • rozgrzej piekarnik do 180 st. C i włóż do niego ciasto na 55 minut

Smacznego!

D30ADA75-3BB6-4EA1-8F45-B265C111AFCD

Gdzie trzymać rozsadę

Z rozsadą zawsze jest problem. Choćbym nie wiem jak się starała, “produkuję” jej za dużo. Zwykle mam spory problem z pomieszczeniem wszystkich doniczek i kuwetek tak, żeby rośliny miały wystarczająco dużo miejsca i światła. To problem większości osób, które uprawiają własną rozsadę.

Wiosną poprzedniego sezonu, pikując pomidory na skrawku stolika, snułam w wyobraźni wizję idealnego miejsca na rozsadę, dobrze doświetlonego, gdzie będę miała wszystko pod ręką, a zajmowanie się sadzonkami będzie przyjemnością.

Małe rośliny, duży problem

Rozsadę trzymam w malutkim pokoju przy tarasie, to jedyne miejsce z dużym oknem wychodzącym na południe. Ze względu na jego rozmiar, nie ma tam możliwości dostawienia dodatkowych blatów. I wtedy pomyślałam o wykorzystaniu dwóch ścian, wypełnienie jej półkami i uprawę rozsady w pionie.

Ściany, które wykorzystałam usytuowane są z północnej i wschodniej strony pokoju, co oznacza, że oświetla je południowe słońce. Naprzeciwko nich są dwa okna – ogromne, tarasowe i połaciowe w dachu.

Jako, że doświetlam moje rozsady, zależało mi na tym, by półki były ażurowe, abym mogła do nich podwiesić lampy. Ważne było także to, by nie były lite, aby na każdy poziom mogło także docierać więcej światła. Szukałam półek, które nie będą zbyt szerokie, o wymiarach takich, jak kuwetki do roślin, które wykorzystuję. Zależało mi także na szufladach, w których będę mogła przechowywać ziemię, nawozy i przydatne sprzęty.

Sprytne rozwiązanie

Szukając najlepszego rozwiązania trafiłam na system elfa, bardzo prosty w montażu, a jednocześnie umożliwiający stworzenie spersonalizowanej półki, właśnie takiej, jak potrzebowałam. Szerokość, wysokość i rozstaw półek dokładnie dostosowałam do miejsca.

Bardzo fajnym rozwiązaniem są także organizery, które można zaprojektować w dowolny, wygodny dla siebie sposób. Haczyki, kuwetki, półki pomogły mi uporządkować sprzęty wykorzystywane do rozsady i nasiona.

Wrażenia z użytkowania

System sprawdził się świetnie, opieka nad rozsadą była prawdziwą przyjemnością:

  • półki mogłam bez problemu regulować wraz ze wzrostem roślin
  • na półkach z łatwością zamontowałam lampy do doświetlania
  • dostęp do roślin był zdecydowanie lepszy, niż w przypadku szerokiego stołu zastawionego doniczkami
  • utrzymanie porządku było banalnie proste, wszystkie ziemie, nawozy, doniczki miałam pod ręką w szufladach.

Wygoda to podstawa

Stworzenie takiego kącika na rozsadę to bardzo dobry patent, jeśli tylko masz przestrzeń, którą możesz na to przeznaczyć, to bardzo to polecam, obsługa rozsady staje się o wiele przyjemniejsza. To ważne, bo wbrew pozorom zajmowanie się rozsadą zajmuje sporo czasu. Pierwsze wysiewy (papryk i bakłażanów) wykonuję już na przełomie stycznia i lutego, a rozsadę ciepłolubnych pomidorów trzymam w domu często aż do końca maja. To w sumie cztery miesiące.

Oczywiście parapety też sprawdzą się świetnie, z nich też można mieć doskonałej jakości rozsadę, ale u nas akurat trudno o wystarczającą ilość takich z wystawą południową. No i jeśli mamy możliwość podarowania sobie odrobiny wygody, warto to zrobić.  

Byliny nie do zdarcia

Kwiaty nie do zdarcia

Kilka lat temu kupiłam krzaczek kocimiętki, bo zachwyciły mnie jej delikatne, niebieskie kwiatuszki. Była malutka, doniczka była nie większa niż kubek, ale i tak przez całe lato pięknie kwitła i bujnie się rozrosła. Od tamtej pory w moim ogrodzie przybyło więcej kocimiętek, stały się one jednymi z moich ulubionych bylin.

Takich roślin „nie do zdarcia” mam jednak znacznie więcej.

Rozchodnik okazały

Świetna bylina na trudne warunki. Lubi słońce i urośnie nawet w bardzo słabej i suchej glebie. U mnie rośnie w półcieniu i też świetnie sobie tam radzi.

Zdobi ogród w zasadzie przez cały sezon, bardzo wcześnie wypuszcza listki, kwitnie natomiast w sierpniu i wrześniu. Rośnie niewysoko, maksymalnie do 50 cm, wysokość zależy od odmiany, ale też jakości gleby (na zbyt żyznej potrafi się wyciągać i, niestety, pokładać). Ma grube, mięsiste liście, z delikatnym, szarym nalotem.

Mi najbardziej podobają się odmiany rozchodnika o purpurowych liściach. A wiecie kto jeszcze kocha rozchodniki? Motyle! Jeśli będziecie mieć w ogrodzie rozchodnik, to będziecie też mieć motyle.

Przekwitnięte pędy rozchodnika warto zostawić nie ścięte na zimę, pięknie wyglądają w kożuszku ze szronu.

Szałwia omszona

Piękna bylina o kwiatach fioletowych, niebieskawych, różowych i białych oraz wzniesionych pędach. Dorasta do ok. 60 cm. Ścięta po pierwszym kwitnieniu (maj-czerwiec) zwykle je powtarza. Pojedyncze kwiaty nie są okazałe, jednak zebrane w kłosy tworzą piękną chmurę nad ciemnozielonymi liśćmi.

Szałwia lubi słoneczne miejsca, lekką niezbyt wilgotną, ale dosyć żyzną ziemię. Poradzi sobie także w pojemnikach. Jest jeszcze jeden plus – szałwię uwielbiają pszczoły i trzmiele.

Rudbekia

Rudbekia to królowa słonecznej rabaty, ale poradzi sobie także w lekkim półcieniu. Pięknie wygląda zarówno w ogrodzie o charakterze wiejskim, jak i takim w stylu bardziej formalnym. Rudbekie kwitną długo, od lipca do września, długo także utrzymują się w bukietach, jako kwiaty cięte. Warto im usuwać przekwitłe kwiatostany, to stymuluje produkowanie nowych pąków.

Żurawka

Chyba nie ma bardziej dekoracyjnych roślin niż żurawki. Paleta kolorów ich liści pozwoliłaby stworzyć naprawdę piękne dzieło sztuki. Co więcej, doskonale rosną w cieniu i większość z nich jest zimozielona. Żurawki mają małe wymagania, lubią przepuszczalną glebę i nie zależy im na dużej ilości wody. Najlepiej wyglądają posadzone w grupach, dobrane kolorystycznie. Naprawdę trudno je „zajechać” i łatwo je rozmnożyć, dzieląc rozrastający się na boki krzaczek. Niestety, korzenie żurawek lubią pędraki i opuchlaki, co może doprowadzić do obumierania roślin.

Tawułki arendsa

Jedne z królowych cienia, zdobiące cienistą rabatę pięknymi pióropuszami kwiatów. Doskonałe towarzyszki innych bylin, szczególnie host i żurawek. Tawułki są bardzo łatwe w uprawie i długowieczne. Lubią żyzną, najlepiej wilgotną glebę. W suchym i zbyt nasłonecznionym miejscu niestety kwitną krócej.

Hosty/funkie

To kolejne wspaniałe rośliny do cienia. Mają niesamowitą różnorodność barw i rysunku na liściach. Charakteryzuje się także zróżnicowaniem wielkości, od odmian malutkich, po prawdziwe giganty. Hosty preferują zacienione stanowiska, jednak w wilgotnej glebie dobrze poradzą sobie także w słońcu. Są długowieczne, kępy rozrastają na boki. To doskonałe uzupełnienie i tło dla innych bylin.

Ciekawostką jest to, że hosty są jadalne, ich liście można nadziewać i np. zamienić w pyszne gołąbki.

Krwawniki

Piękne rośliny o lekko omszonych liściach oraz baldachowatych kwiatach w pastelowych kolorach. Ja najbardziej lubię te różowe, w mocniejszych i łagodniejszych odcieniach różu. Krwawniki lubią słońce, ale najlepiej niezbyt ostre, glebę lekko próchniczną, niezbyt wilgotną. Dorastają do ok. 30-50 cm i rozrastają się za pomocą kłączy.

Kocimiętka

To roślina, która ściągnie do ogrodu stada motyli, pszczół i trzmieli, odgoni zaś komary i kleszcze. Jest niewymagająca, dobrze rośnie w słońcu i na suchym stanowisku, ale poradzi sobie też w lekkim półcieniu. Upały pomaga jej przetrwać srebrzysty nalot na liściach. Kocimiętka zaczyna kwitnąć już w maju i nie przestaje aż do jesieni. Przycięta po zasadniczym kwitnieniu, powtarza je, bardzo łatwo odbudowując łodygi. Kocimiętka pięknie wygląda na obrzeżach rabaty.

Przywrotnik ostroklapowy

Piękna bylina o seledynowym kolorze i okrągłych liściach. Dorasta do 30-40 cm wysokości i jeszcze większej średnicy. Przywrotnik najpiękniej wygląda po deszczu, kiedy na jego listkach gromadzą się krople wody. Drobne kwiaty pojawiają się w czerwcu i wyglądają jak zielone chmurki. Na roślinie utrzymują się do sierpnia. Przywrotnik warto przyciąć po kwitnieniu, to odświeży jego pokrój. Warto też usuwać przekwitłe kwiatostany, bo stymuluje to wytwarzanie nowych.

Lawenda

Lawenda to krzewinka, której liście utrzymują się na gałązkach przez cały rok. Kwitnąć zaczyna w czerwcu i nie przestaje do jesieni. Kwitnienie jest jeszcze bardziej intensywne, gdy usuwa się przekwitłe gałązki. Lawenda potrzebuje słońca i dobrze przepuszczalnej gleby. Wymaga corocznego przycinania, inaczej traci pokrój. Najlepiej wygląda sadzona w dużych grupach.

Trawy

Trawy są genialne, pasują do tak wielu miejsc i ogrodowych stylów, że chyba nie ma już ogrodu w Polsce, w którym nie rosłaby choć jedna trawa ozdobna. Nie dość, że trawy pięknie zdobią ogród, to jeszcze są bardzo niewymagające. Dobrane do właściwego miejsca w zasadzie są bezobsługowe.

Trawy zasadniczo rosną w kępach lub rozrastają się za pomocą kłączy. Są gatunki rosnące nisko, przy ziemi, o zwisłych, delikatnych liściach, ale też takie, które dorastają nawet do 2-3 m wysokości. Trawy są idealnym towarzystwem dla wielu bylin, jak jeżówki, czy rozchodniki, świetnie komponują się także z iglakami.

Trawy najgorzej wyglądają wiosną, ale to jedyny moment w roku, kiedy ścięte, niekoniecznie zdobią ogród. Potem zaczyna się ich festiwal, najpierw pojawiają się piękne liście, potem, w wielu przypadkach, kwiatostany, a na koniec, przez całą zimę, ogród zdobią zaschnięte wiechy, pięknie malowane szronem.

Wśród roślin nie do zdarcia jest także wiele bylin, które doskonale czują się w cieniu. Możecie o nich przeczytać tutaj.