Warzywnik Po prostu posadź na festiwalu In Garden

To była wielka przyjemność móc znów dołączyć do teamu festiwalu In Garden, którego druga edycja przypadła na połowę sierpnia 2021 r. w Lublinie. Tym razem mieliśmy do stworzenia nie tylko ogródek warzywny, ale i przyległy do niego kontener, który zamieniliśmy w “domek ogrodnika”. W taki sposób dotychczas zagracone miejsce zamieniło się w przytulną przestrzeń, odpowiadające hasłu tegorocznej edycji In Garden – Enklawa.

Wszystkie warzywa, jakie wypełniły nasz pokazowy warzywnik, wyhodowaliśmy od nasionka. Od wiosny rosły w naszym warzywniku na tarasie. Niektóre dopadły choroby lub szkodniki, ale przecież tak samo jest w codziennym ogrodniczym życiu 😉

Ostatecznie na kompozycję złożyły się wszystkie te warzywa, które obecnie można spotkać w naszym warzywniku – dynie, cukinie, papryki, pomidory i bakłażany, kapusty, sałaty i jarmuże, kukurydza, fasole, ogórki, karczochy, selery, pory i cała masa ziół.

Tworząc warzywnik „Po prostu posadź” chcieliśmy, aby to było miejsce,które inspiruje do stworzenia własnego ogródka kuchennego, niezależnie od tego jak dużą przestrzeń ma się do dyspozycji.
Instalacja to kopia prawdziwego warzywnika na dachu naszego domu, który mieści się w Lublinie, 6 km od ścisłego centrum miasta.

Naszym celem było pokazanie, jak wiele warzyw, owoców i kwiatów jadalnych można uprawiać na niewielkiej przestrzeni oraz, że wcale nie potrzeba do tego gruntu, wystarczą skrzynie czy donice. Nawet taki ogród może dawać plony przez cały sezon, od wczesnej wiosny, aż do późnej jesieni.

Uprawa własnych warzyw od nasionka, aż po zbiory daje nie tylko pyszne, zdrowe plony, o zdecydowanie bardziej intensywnym smaku, niż te z supermarketu, ale także ogromną satysfakcję i poczucie harmonii z naturą. „Po prostu posadź” i zobacz, jak zmieni się Twoje życie.

Częścią wystroju warzywnika i kontenera były plony zebrane z naszego przydomowego warzywnika, które rozstawiliśmy w ogrodzie pokazowym dla ozdoby. Z kolei kostka słomy, leżąc na środku warzywnika, to naturalnej urody praktyczna ławeczka.

Aranżując kontener chcieliśmy jak najsilniej odpowiedzieć na tegoroczne hasło festiwalu In Garden – enklawa. Zależało nam na tym, aby goście naszego ogródka pokazowego zaglądając do naszej „altanki” mieli poczucie przebywania we wnętrzu domku ogrodnika na działce np. ROD, których popularność tak wzrosła w dobie pandemii.

Chcieliśmy stworzyć miejsce nie tylko pozwalające „technicznie” obsłużyć ogródek, stąd narzędzia, różnego rodzaju sprzęty, naczynia i kosze, ale też uporządkowane i schludne, dające schronienie i pozwalające na odpoczynek przy filiżance herbaty w chłodniejsze dni.

Mamy poczucie, że całkiem nieźle nam to wyszło 😉

Po co to wszystko robimy? Nie wiemy 🙂 stworzenie takiego pokazowego ogródka to mnóstwo pracy, bo warzyw do aranżacji ogródka nie można kupić w szkółce. Dodatkowo, jako, że rosną w doniczkach, by można je było łatwo przenieść do docelowego ogródka, wymagają dodatkowej opieki; im mniejszy pojemnik, tym szybciej ziemia wysycha, a im więcej podlewamy, tym częściej trzeba nawozić, bo ziemia łatwo się wyjaławia.

Jednak widok gotowego ogródka to wielka satysfakcja, ogromne poczucie sprawczości i radość, że tak ładnie wszystko wyszło, a rośliny dały radę. Trzy dni festiwalowe i mnóstwo spotkań z gośćmi odwiedzającymi ogródki pokazowe dają niesamowitą energię.

To wielka duma, że możemy być częścią In Garden już drugi raz.

Chorwacja

Zachwycająca Dalmacja

Lazur morza, słońce i zapach suchych ziół – z tym kojarzy mi się Chorwacja. Do tego kraju wróciliśmy po kilkuletniej przerwie, w związku z pandemiczną sytuacją w Europie. Zależało nam na urlopie w takim miejscu, do którego dojedziemy samochodem, by w razie kolejnego lockdownu móc sprawnie wrócić do kraju, a jednocześnie chcieliśmy uniknąć testów i kwarantanny, które były obowiązkowe w wielu europejskich państwach.

Tak wybór padł Chorwację.

Nasza poprzednia wizyta na Chorwacji, kilka lat temu, nieszczególnie dobrze mi się kojarzy. Owszem, odpoczęliśmy od pracy, ale poza tym mieliśmy wrażenie, jakbyśmy urlop spędzali nad Zalewem Zegrzyńskim.

Morze jak morze, wybrzeże porośnięte krzewami, nic szczególnego. Byliśmy wówczas na Istrii, na północy Chorwacji, a kraj ten świeżo przystąpił do Unii Europejskiej.

Różnice w jakości infrastruktury w porównaniu nawet do Polski były porażające. Było biednie i nieco brudno, pobocza straszyły śmieciami. Pewnie dlatego Chorwacja w ogóle nas nie pociągała. Dopiero  kolejny covidowy rok zmusił nas do zmiany takiego podejścia. I dobrze!

Tym razem wybraliśmy półwysep Pelješac w Dalmacji. Niesamowity przyrodniczo i krajobrazowo, tętniący zielenią i błękitem Adriatyku. Wypełniony majestatycznymi wzgórzami, porośnięty gajami oliwnymi i winnicami. Prawdziwy śródziemnomorski raj. 

W trakcie dwutygodniowego pobytu zwiedziliśmy większość miasteczek półwyspu, skosztowaliśmy pysznej tamtejszej kuchni i sporo spacerowaliśmy w nieznane malowniczymi wiejskimi dróżkami. 

To, co urzekło nas najbardziej na Pelješacu to niesamowity miks roślin, które w słońcu wydzielają kojące olejki eteryczne. Nawet przydrożne chwasty wydawały się urocze i takie były, bo cały półwysep porastały łany rozmarynu i lawendy. Nasze przechadzki trwały godzinami, bo ciągle zatrzymywałam się przy jakiejś roślinie, która mnie zachwycała. 

Przyroda Pelješacu jest niesamowita. 

Na Pelješac wybraliśmy się na przełomie maja i czerwca. To idealny czas na urlop, ze względu na świetną pogodę, umiarkowaną temperaturę (ok. 25 stopni) i bardzo małą liczbę turystów.

Świetnym terminem z pewnością byłby także wrzesień lub październik, choć wówczas ryzyko deszczu jest większe. 

Chorwacką walutą jest kuna i czymś innym często płacić się po prostu nie da. Co więcej preferowana  forma to gotówka, w wielu miejscach nie można płacić kartą, nie mają terminali. Tak jest nie tylko w wielu winnicach, ale też w restauracjach.

Dodajmy, że w chorwackiej restauracji nie jest tanio. Za podstawowy posiłek trzeba zapłacić 50 zł od osoby. Wszystko jednak jest ultrasmaczne. 

Na Peljesacu szczególnie polecamy konobę Portun w Potomje, niesamowite rodzinne miejsce z pysznymi lokalnymi daniami. W okolicach Drace z różnego rodzaju muszli słynie przydrożny bar Sutvid.

Pyszne muszle są także w Loviste w restauracji na końcu molo. W Ston smacznie zjecie w konobie Bakus. A przepyszne croissanty z obłędnym kremem pistacjowym można dostać w Orebicu w cukierni Croccantino. 

zupa z kalarepy

Zupa krem z kalarepy

Co zrobić z nadmiarem kalarepy w warzywniku? Zrób zupę krem! Lekka, o orzechowej nucie, pozwoli nie tylko spożytkować plony, ale też przygotować smaczny posiłek.

Zwykle, gdy do mediów społecznościowych wrzucam zdjęcie kalarepy dostaję pytanie: „jak zjadasz tę kalarepę? Masz jakieś przepisy?”
Dotychczas uważałam, że najsmaczniejsza wersja kalarepy to ta na surowo, prosto z ogrodu, obrana i pokrojona na kawałki, ewentualnie skropiona odrobiną oliwy i posypana solą, albo zjadana jak jabłko. Bardzo lubię też dodawać startą kalarepę do sałatek, niesamowicie dodaje im wilgoci.

Ten rok jednak obdarował nas taką ilością kalarepy, że powoli zaczynałam mieć jej dosyć, bo w sumie ile kalarep jest w stanie zjeść jeden człowiek 🙂 Jakoś tak wyszło, że wszystkie były gotowe do zbiorów niemal w tym samym czasie, na przestrzeni mniej więcej trzech tygodni. Część rozdałam, na resztę zaczęłam szukać sposobu. Tak wpadłam na pomysł zupy-krem. Pomysł banalny, wykonanie też.

Ważna informacja: do tej zupy można wykorzystać też nieco przerośniętą kalarepę, ważne tylko, by usunąć jej najbardziej zwłókniałe fragmenty.

Potrzebujesz:

  • 3-4 kalarepek średniej wielkości
  • średniej wielkości cebuli, najlepiej cukrowej
  • 1 l. bulionu
  • 3-4 łyżek oleju
  • 2 łyżek soku z cytryny
  • soli i pieprzu do doprawienia
  • kilku kromek chleba i ząbka czosnku do przygotowania grzanki
  • odrobiny oliwy, ziół i uprażonych orzeszków do podania

Przygotowanie:

  • cebulę pokrój w kostkę i podsmaż ją w garnku na oleju.
    Ja lubię, gdy nieco się zarumieni, zupa ma wówczas bardziej wyrazisty smak. Jeśli chcesz, żeby był łagodniejszy, tylko zeszklij cebulę.
  • w międzyczasie obierz i pokrój kalarepę na mniejsze części, mniej więcej kostki 2×2 cm.
  • do garnka wlej bulion i wrzuć kalarepę
  • gotuj ok. 15 min, aż kalarepa stanie się miękka
  • zupę dopraw do smaku solą i pieprzem oraz cytryną, zblenduj i na koniec jeszcze raz podgrzej
  • podawaj z grzanką posmarowaną czosnkiem, udekorowaną odrobiną oliwy, świeżymi ziołami i prażonymi orzeszkami (np. pinii)

Smacznego!

90DD50D4-0FEA-4273-BDE2-9AF2E05FAD09_1_201_a

Jak ozdobić ogród

W sezonie letnim ogród jest naturalnym przedłużeniem domu. Spędzamy tam sporo czasu, dlatego dbamy o to, by podobnie jak dom, wyglądał schludnie. Naturalną ozdobą oczywiście są rośliny, jednak ja lubię też wprowadzać do ogrodu mniej oczywiste elementy. Stara drabina, ściana ze skrzynek, czy gipsowa rzeźba świetnie się sprawdzą, jednak podobnie jak we wszystkim, jeden krok za daleko i robi się kiczowato.

Soczysta zieleń trawnika

Zasadniczą częścią wielu polskich ogrodów jest trawnik. Nie namawiam do rezygnacji z niego, wręcz przeciwnie. Trawnik jest najlepszą ozdobą kwietnych rabat. Jest dla nich pięknym tłem, daje im dodatkowy wymiar. Razem wyglądają bosko. Sam trawnik, bez rabat z bylinami i krzewami, wygląda smutno i płasko. Zatem pierwszy tip na ozdobę ogrodu: zielony trawnik i kwietne rabaty

Stara drabina

„Po co Ci te stare drabiny”? Dostałam kiedyś takie pytanie na moim profilu na Instagramie. Cóż, drabiny są kluczowe w moim ogrodzie ;). Po pierwsze, stoją na zewnątrz, więc zawsze są pod ręką, a wiadomo, że drabina przydaje się w zasadzie cały czas. Po drugie, w lecie służą mi za kwietniki, a zimą za podstawkę karmnika dla ptaków. Krótko mówiąc same plusy. Drabina świetnie dzieli i rozbija przestrzeń, wprowadza do ogrodu ciekawy element. Używaną można kupić za kilkadziesiąt złotych, nową za ok. 200.

Rzeźba ze śmietnika

Kilka lat temu wybraliśmy się na aukcję do miejscowego liceum plastycznego. Kupiłam kilka naprawdę pięknych rzeczy za grosze. Kiedy pakowałam je do bagażnika moją uwagę przykuła wiata śmietnikowa i jej zawartość. Na wielkiej stercie leżały tam różnego rodzaju gipsowe popiersia, fragmenty rzeźb i prawdziwa perełka – naturalnej wielkości gipsowa figura człowieka.

Zapytaliśmy dyrektora liceum, czy moglibyśmy ją kupić, ten pukając się w głowę („ten destrukt, proszę pani, chce pani kupić??!”), oczywiście się zgodził. Ostrzegł nas, że gips na świeżym powietrzu wytrzyma nie więcej niż dwa lata. U nas, zaimpregnowany, jest już cztery. W taki sposób przedłużyliśmy życie gipsowej figurze, która miała trafić na wysypisko śmieci. Inna gipsowa głowa stoi na tarasie, przy donicach z funkiami. Myślę, że to piękna, nieoczywista ozdoba.

Dywan na betonie

Celowo postawiliśmy na betonowy taras. Miał być równy z trawnikiem, bez żadnych schodków, komponować się z nowoczesną bryłą domu i być łatwy w utrzymaniu. Po kilku latach chłód betonu zaczął nam jednak doskwierać i zaczęłam szukać rozwiązań, żeby go nieco ocieplić. I tak wpadłam na genialny patent: dywany zewnętrzne. Są wodoodporne, doskonale wysychają po deszczu i niestraszne im warunki atmosferyczne.

Zawsze lubiłam nasz taras, ale dywany zewnętrzne nadały mu prawdziwej przytulności.

Najlepiej to miejsce wygląda wieczorem, kiedy rozstawiamy lampiony, włączamy sznury żarówek i zapalamy świece. Taras zamienia się wówczas w prawdziwy salon na świeżym powietrzu.

Donice i kwiaty

Kwiatów nigdy za dużo, więc kiedy skończyło mi się miejsce na rabatach, od razu poszłam w donice. Zwykle wypełniają je kompozycje z roślin jednorocznych, ale mam tez kilka donic z hostami, trawami i agawą. Donice są mobilne, więc łatwo je przestawić w takie miejsce, w którym akurat są potrzebne.

Jedna uwaga. Ja uważam, że z donicami i ich zawartością trzeba zachować umiar kolorystyczny. Jeśli na rabatach w tle jest dużo kolorowych bylin, lepiej, żeby donice były bardziej jednokolorowe (np. biel uzupełniona szarymi wypełniaczami – pelargonie i kocanka). Kipiące kolorami donice świetnie ożywią natomiast ogród, w którym np. dominują iglaki.

Rośliny z rdzy i stare konewki

Jak tylko widzę na targach staroci stare konewki i naczynia z ocynku, zawsze je kupuję. Lubię chłodny kolor materiału, z którego są wykonane. Świetnie komponują się z wieloma roślinami, odcinając się na tle zieleni. Po co mi one? Wyłącznie dla ozdoby, bo lubię patrzeć na ładne rzeczy.

Kilka lat temu na targach roślin zachwyciły mnie też ozdoby z pordzewiałej stali. Są piękne przez cały rok, a w towarzystwie traw wyglądają nieziemsko. Świetną ozdobą do ogrodu traw są także błyszczące kule.

Ściana ze skrzynek

Czasami w ogrodzie przydaje się przesłona, oddzielająca te jego części, które są np. mniej atrakcyjne. Można użyć gotowych paneli z supermarketu, posadzić żywopłot, czy postawić płotek.

Moim sposobem na ten problem jest natomiast ścianka, którą zbudowaliśmy z grubych desek i skrzynek po owocach. Trzeba ją dobrze wymierzyć, ale w wykonaniu jest banalnie prosta. Skrzynki po owocach można kupić już za 3 zł za sztukę. Odrobina impregnatu i mamy nie tylko przegrodę w ogrodzie, ale i praktyczną półkę na kwiaty, czy przyrządy ogrodnicze.

Oczko wodne ze starej balii

Kiedyś jeszcze będę miała prawdziwe oczko wodne, na razie jednak nie mogłam sobie na nie pozwolić (było by mi łatwiej podjąć decyzję, gdybym wiedziała, jakie chcę). Jako, że dokarmiam ptaki, to strasznie jednak chciałam stworzyć w ogrodzie choćby namiastkę oczka wodnego, po to, żeby miały stały dostęp do wody, szczególnie w trakcie gorącego i suchego lata.

Potrzeba matką wynalazku! Wzięłam starą balię, kupioną kiedyś na targu staroci, napełniłam wodą (i kamieniami, żeby stworzyć naturalne płycizny) i już następnego dnia obserwowałam, jak młode drozdy korzystają z ptasiej kąpieli.

W moim oczku wodnym posadziłam miniaturową lilię wodną i strzałkę, po powierzchni pływa kilka pistii i rzęsa, wstawiłam też malutką solarną fontannę, żeby w wodzie trudniej było się zalęgnąć komarom. Dziś myślę, że to nie tylko poidełko dla ptaków, ale też prawdziwa ozdoba w moim ogrodzie. A takie „oczko” można stworzyć nawet w metalowym wiadrze.

Girlanda w warzywniku

Większość osób odwiedzających nasz warzywnik uśmiecha się na ich widok. „Po co Wam one tam? Do odstraszania ptaków”? To najczęstsze pytanie. A odpowiedź jest banalnie prosta. Po nic. Tak po prostu tam są. Żeby było ładnie. Żeby coś się działo 🙂

Czekam właśnie na montaż kratek na ścianie budynku gospodarczego przy warzywniku, po których w przyszłości mają piąć się dynie. Przyczepię do nich także girlandę żarówek. Nie ma imprezy w naszym ogrodzie, która choć w części nie toczyłaby się w warzywniku. Odrobina światła na pewno się tam przyda 🙂

A wy jakie macie patenty na ozdoby w ogrodzie?

39067B87-53C5-47E0-A89F-412B171395F8

Jak dbać o rozsadę

Pierwszy krok do udanej rozsady? Właściwy termin siewu! Warzywa posiane wtedy, gdy po skiełkowaniu otrzymają właściwą ilość światła i ciepła, rosną najlepiej. Od początku są silne, krępe i gotowe do wydania w przyszłości obfitych plonów.

Zbyt wczesny siew powoduje, że rośliny po skiełkowaniu mają zbyt mało światła (dni są wówczas jeszcze zbyt krótkie), wyciągają się w poszukiwaniu promieni słonecznych, są wiotkie i słabe.

W czym siać warzywa na rozsadę?

Najlepiej w specjalnie do tego przeznaczonej ziemi. Zwykle jej opakowania oznaczone są hasłem „ziemia do siewu i pikowania” lub „ziemia do rozsady”. Jakość takiej ziemi zależy oczywiście od producenta, jednak zasadniczo różni się ona nieco od zwykłej ziemi tym, że jest lekka, puszyta, przepuszczalna, dzięki czemu nasionom łatwiej kiełkować i rozwijać korzenie, a nadmiar wody szybko wydostaje się na zewnątrz.

Moim ulubionym sprzętem do rozsady są wielodoniczki, jednak można wykorzystać w zasadzie każdy pojemnik (np. doniczki czy plastikowe pudełka po sałatach). Ważne jednak, aby dobrze je umyć przed sianiem. Wskazane, żeby pojemniki były wyposażone w otwory, którymi odpłynie nadmiar wody, inaczej rośliny mogą zacząć zagniwać.

Jak siać

Do pojemników należy wsypać nieco ziemi (ok. 2/3 wysokości), delikatnie ją ugnieść, a następnie dobrze jest ją spryskać wodą. Dzięki temu nasionka będzie można ułożyć na wilgotnym podłożu.

Jeśli używasz wielodoniczek, to w każdej komórce ułóż 3-5 nasionek i delikatnie przysyp ziemią. W innych pojemnikach zrób podobnie: zwilż ziemię i układaj nasiona co ok. 2 cm. Na koniec przysyp je ziemią i bardzo delikatnie ugnieć. Niektóre warzywa, jak seler, do kiełkowania potrzebują światła i ich przysypywać ziemia nie należy. Informacje, których gatunków to dotyczy można znaleźć na opakowaniach nasion.

Tak przygotowaną rozsadę oznacz (opisz co to za roślina) i postaw w jasnym, ciepłym miejscu, czekając aż na powierzchni ziemi pojawią się pierwsze kiełki. Niektóre warzywa lubiące chłód (kapustne, cebule, por) można po skiełkowaniu wstawić do szklarni jeśli temperatura na to pozwala. W przypadku przymrozków warto jednak je okrywać.

Rozsada powinna mieć stale wilgotną, ale nie mokrą ziemię. Dobra ziemia zdecydowanie ułatwia utrzymanie wilgoci przy korzeniach, zapobiegają jednocześnie przelaniu rośliny.

Co po skiełkowaniu

Pierwsze zielone części rośliny, które pojawiają się nad ziemią to liścienie. Są bardzo charakterystyczne – podłużne, okrągłe, a czasami w kształcie serduszek. Dopiero po nich na świecie pojawiają się liście właściwe, czyli takie, jakie możemy zobaczyć na dorosłej roślinie. Ich obecność to znak, że powoli można myśleć o pikowaniu rozsady, czyli przenoszeniu siewek do pojedynczych, większych doniczek. Nie trzeba tego robić już przy pierwszym liściu właściwym, ale jeśli rośliny wyglądają na stłoczone, nie ma powodu zwlekać.

Pikując rośliny najpierw przygotowujemy sobie doniczki: wsypujemy do nich trochę ziemi, „wygniatamy” palcami wgłębienie, zraszamy. Następnie trzymając roślinę za listek (lepiej nie chwytać jej za łodygę bo łatwo ją zmiażdżyć, a wówczas roślina nie przeżyje; uszkodzenie liścia jej nie zaszkodzi) podważamy korzeń i przenosimy roślinę do doniczki. Dosypujemy ziemi i delikatnie ja ugniatamy wokół korzeni. Na koniec podlewamy i oznaczamy.

Sadzonki bardzo łatwo pomylić, dlatego jeśli zależy Ci na konkretnych odmianach, które chcesz mieć w swoim ogrodzie – koniecznie je oznacz. Rozsadę pomidora, papryki i bakłażana koniecznie pikuj głębiej niż rosła wcześniej, dzięki temu małe korzonki wyrastają na całej długości łodygi pod ziemią, a roślina staje się stabilniejsza.

Nawożenie

Po jakimś czasie rozsadę warto nieco zasilić, dotyczy to szczególnie roślin, które długi czas spędzają na rozsadniku. Najlepszym nawozem do rozsady jest mocno rozcieńczony humus. Stosujemy od ok. trzeciego tygodnia od pikowania lub wówczas, gdy roślina wykazuje niedobory (np. żółknącymi liśćmi).

Zwykle rozsada ma w domu idealne warunki. Ciepła, wilgotna ziemia, lekki ruch powietrza (ale nie przeciągi) to to, co lubi najbardziej. Przesadzenie takich roślin bezpośrednio do gruntu, czy szklarni, byłoby dla nich prawdziwym szokiem. Dlatego na kilka (min.10) dni przed przeprowadzką na zewnątrz rozsadę warto hartować, czyli wynosić ją na zewnątrz na coraz dłuższy czas, by przyzwyczajała się do zewnętrznych warunków. Po tym czasie można ją przenosić na docelowe miejsce.  

48CBB6FE-7C0B-4A01-AFBF-E3F5B25A5FBD

Moje warzywa na 2021

Wygląda na to, że znów będę musiała powiększyć nieco warzywnik. Choć starałam się rozsądnie podchodzić do zakupów nasion i brać tylko te, co do których nie miałam najmniejszych wątpliwości, że będę je siać, to liczba paczuszek w moim koszyku z nasionami i tak osiągnęła kolejny rekord.

Przede wszystkim mam zdecydowanie więcej kwiatów. Poza astrami i aksamitkami, chcę wrócić do nasturcji i nagietków, cynii i kosmosów. Kupiłam odmiany w pięknym, brzoskwiniowym kolorze i to on będzie dominował w tym roku w moim warzywniku. Uzupełnią go głębokie róże i bordo. Wreszcie udało mi się zdobyć nasiona orlayi i kilku innych roślin baldaszkowatych.

W tym roku postawię na jeszcze więcej odmian pomidorów. Chcę przetestować kolejne nowości w moim warzywniku, podążając głównie za nutami, które szczególnie przypadły mi do gustu w ubiegłym roku. Zachwycił mnie smak pomidorów brad’s atomic grapes, dlatego będę uprawiać trzech jego „kuzynów”. Do tego cętkowany pomidor crushed heart o charakterystycznym, czerwono-zielonym miąższu. Będzie też kilka nowych odmian czekoladowych.

Łącznie mam nasiona ponad pięćdziesięciu odmian i zapewne większość będę chciała wysiać. Postaram się jednak mieć w warzywniku zaledwie po jednym krzaczku każdej odmiany, to pozwoli mi przeprowadzić moje pomidorowe testy, a jednocześnie znaleźć na nie miejsce w warzywniku.

Po zeszłorocznym sukcesie w uprawie bakłażanów, w tym roku rozszerzam kolekcję. Będę miała osiem odmian, pękate i podłużne, paskowane, różowe, białe i zielone. Nasiona posiałam już pod koniec stycznia, dlatego liczę, że uda mi się nieco wcześniej rozpocząć zbiory. Pierwsze kiełki pojawiły się już po tygodniu.

Będę miała zeszłoroczną odmianę long purple, podobną do niej długą i chudą odmianę little fingers, paskowaną antigua, różową rosita, zieloną satsuma white long i białą casper, a także czarną lunę, której nasiona podarowała mi @vegetella z IG.

Tradycyjnie bakłażany będę uprawiać w donicach, choć jeśli pogoda będzie chłodna, jak w ubiegłym roku, to rozważę okrycie ich specjalnymi miniszklarniami.

Z paprykami też nie miałam łatwego zadania. Przez cały sezon zebrałam nasiona kilku ciekawych odmian, które chciałam przetestować. Kilka kolejnych kupiłam przy okazji zakupów nasion. Łącznie kilkanaście rożnych odmian, z których ostatecznie wybrałam osiem do wysiewu. Pierwszy raz zrezygnowałam z wysiewania wszystkiego co mam! Dla mnie to ogromny postęp 🙂

Z psiankowatych oczywiście będę jeszcze mieć ziemniaki. Poza odmianą różową, której sadzeniaki co roku kupuję u rolnika na bazarze chwilę później zapominając jej nazwę, na pewno posadzę też odmianę żółtą, mączystą, czarną (z ziemniaków kupionych w Lidlu) i, jeśli uda mi się upolować, także odmianę bikini – różową w żółte łatki przy oczkach. Podobno jest pyszna, chętnie to sprawdzę.

Ziemniaki tradycyjnie będę uprawiać w dwóch skrzyniach. Mieści się tam dokładnie 36 krzaczków. Trochę wczesnych, trochę późnych. Sadzę w połowie kwietnia, zbiory zaczynam od początku lipca (regularnie podbieram po kilka bulw spod każdego krzaczka).

Nowością tego sezonu jest samodzielny wysiew rozsady pora i selera. W zeszłym roku, ze względu na covidowy lockdown, miałam spore obawy, czy uda mi się kupić te warzywa, dlatego zdecydowałam, że spróbuję przygotować ich rozsadę sama. Nie spodziewam się problemów z dostępem do niej w tym roku, robię to raczej z ciekawości. Pory zaczęły kiełkować już po tygodniu od wysiania, selery kilka dni później.

Sporo nowych odmian będę miała w marchewce. To efekt moich zakupów w Baker Creek – amerykańskiej rodzinnej firmie, która sprzedaje nasiona historycznych odmian. Większość będzie miała odcienie purpury, bardziej lub mniej pomieszane z pomarańczem. Jedna, to lubiąca chłód marchewka w kolorze różowym. Uzupełnią one odmiany wczesne, pomarańczowe, które siałam w warzywniku późną jesienią na wiosenny zbiór.

Pietruszka tradycyjnie jedna, Lenka, dwa rządki zupełnie wystarczą mi na zbiór natki i korzeni.

Cebulę zamierzam siać sama, głównie odmiany o podłużnym kształcie: tosca i rosa lunga di firenze, a także caisse du paulette od Joasi z instagramowego profilu @całkiemnaturalnie. Obok nich posadzę kilka sztuk cebuli cukrowej z kupionej rozsady i oczywiście dymkę.

Kasia z profilu IG @smak_aronii podesłała mi też dwie odmiany tzw. “spring onion” – cebuli podobnej do siedmiolatki o niezbyt dużych zgrubieniach, idealnych do sałatek: ishikura i nord holland blood red. Jestem ich bardzo ciekawa.

Cebula będzie chyba najlepiej reprezentowanym warzywem w moim warzywniku, bo poza tą, którą posieję wiosną, mam jeszcze mnóstwo cebuli zimowej z dymki sadzonej we wrześniu. Wygląda na to, że nieźle sobie radzi pod kołderką ze słomy, przetrwała nawet mrozy do -16 stopni.

W zeszłym roku też uprawiałam cebulę zimą, ale wykorzystałam resztki dymki z wiosny. Posadziłam je jesienią w szklarni, całą zimę wyglądały niepozornie, spodziewałam się, że do wiosny zgniją, a tu niespodzianka. Ponieważ sadziłam je dosyć głęboko, ze względu na minusowe temperatury, nie widziałam jak duże główki urosły pod ziemią. Były wielkości pięści, gotowe do zbiorów już na początku czerwca.

Bardzo czekam tez na ogórki. Kupiłam w tym roku do filmu na IGTV odmianę F1, opisaną jako „bardzo odporna na choroby”. Nie przepadam za F1. To odmiany krzyżowane tak, by osiągnąć jak najlepsze cechy, co z pewnością jest dobre, ale mnie boli to, że wypierają z rynku stare, mniej odporne odmiany. Staram się ich nie kupować, tu akurat była mi potrzeba do filmu, więc wzięłam. Swoją drogą jestem ciekawa tej jej odporności.

Będę też miała dwie odmiany ogórków azjatyckich, podłużnych, nieco przypominających te nasze długie szklarniowe ogórki. Mam przeczucie, że będą pyszne, o ile tylko pogoda pozwoli im w pełni się rozwinąć. Jakby co, będę je trochę okrywać moimi miniszklarniami.

Z azjatyckich warzyw zaopatrzyłam się też w nasiona fasolnika chińskiego w purpurowej odmianie. W poprzednim sezonie miałam zieloną, bardzo mi to warzywo posmakowało i chciałam spróbować innych jego wersji. Nasiona zdobyłam także w Baker Creek.

Oczywiście mając fasolnika, nie zamierzam rezygnować z fasoli. Szparagową sieję przez cały sezon, co ok. dwa tygodnie, dzięki czemu cały czas mogę się cieszyć zbiorami. Będę też siała fasolę tyczną w purpurowej odmianie oraz żółtej, o płaskich strąkach. Groszek cukrowy już tradycyjnie wysieję w odmianie zielonej i fioletowej.

Wiosną przygotuję rozsadę pak choi i tat soi. Te warzywa traktuję trochę jak przedplon, sadzenie ich gdy zaczyna się robić ciepło mija się z celem, bo szybko wybijają w pęd kwiatowy. Jesienią planuję posiać je do zimowej uprawy w szklarni.

Z kapustowatych będę jeszcze miała brokuły gałązkowe w kilku odmianach, dzięki Krysi z instagramowego profilu @gardenanmore, która przysłała mi nasionka.

W moim warzywniku tradycyjnie nie zabraknie jarmużu w zielonej i purpurowej odmianie kędzierzawej oraz w typie włoskim. Poza tym będę miała kalarepkę, zarówno wiosną jak i jesienią. To jedno z moich ulubionych warzyw. Uważam, że ta ze sklepu czy bazarku nie może równać się do kalarepy prosto z ogródka, dlatego zawsze sieję sporo tego warzywa.

Kalarepę będę miała w trzech odmianach, dwóch purpurowych i jednej zielonej. Uwielbiam to warzywo, staram się je siać wiosną oraz jesienią, żeby maksymalnie długo móc zbierać moje ulubione korzenie.

Cieszę się też na buraki. Poza tradycyjną odmianą, okrągłą (nie wiem czemu okrągła smakuje lepiej), będę też miała buraczki żółte. To moje zeszłoroczne odkrycie. Żółte buraczki miałam w mieszance nasion od W. Legutko i strasznie mi posmakowały, w odróżnieniu od odmiany chioggia i białej. Jakimś cudem, bo nie było to łatwe, zdobyłam nasiona tylko tych żółtych buraczków i już się nie mogę na nie doczekać.

W warzywniku mam zawsze dziesiątki krzaczków sałaty. Nie dlatego, że jakoś szczególnie lubimy to warzywo, choć wiosenna sałata z sosem vinegret nie ma sobie równych, ale głównie dla ozdoby, zacienienia gleby i ochrony przed chwastami. Sałata wypełnia puste miejsca w naszym warzywniku zanim inne warzywa w pełni rozwiną skrzydła. Co się da zjeść, zjadamy, reszta ląduje na kompostowniku.

Strasznie się cieszę na ten nadchodzący sezon. Mam kilka naprawdę fajnych warzyw, które chcę wypróbować i kilka nowych odmian, których jestem bardzo ciekawa. Mam nadzieję, że pogoda będzie zdecydowanie lepsza niż przed rokiem, kiedy było bardzo zimno i mokro. Czuję, że to będzie bardzo dobry sezon, upalny i niestety suchy. Oby przeczucie mnie nie myliło.

A jak Wasze przewidywania i plany na sezon 2021?

Plan warzywnika

Zaplanuj swój warzywnik

Długie jesienne i zimowe wieczory to najlepszy czas, żeby zaplanować warzywnik na kolejny sezon. Warto to zrobić, bo dobry plan pozwoli znacząco oszczędzić czas wtedy, gdy mamy go bardzo mało – na etapie sadzenia i wysiewów. To także świetny sposób, by uniknąć chaosu i błędów na grządkach.

Do zrobienia planu warzywnika zachęcam także te osoby, które z założenia nie lubią planować. Wyobraź sobie sytuację, kiedy stoisz nad grządką z nasionami i rozsadą w ręce i zastanawiasz się, co można posadzić, co z czym będzie dobrze rosło i jeszcze co na tej grządce uprawiałeś w poprzednim sezonie. To wszystko ma znaczenie dla jakości i wielkości plonu, dlatego warto poświęcić trochę czasu, by przygotować schemat upraw.

Znajdź co najmniej godzinę wolnego czasu i przygotuj niezbędne materiały

Planując warzywnik warto zarezerwować sobie na to dłuższą chwilę. Dobry plan wymaga analizy paru ważnych rzeczy, robienie go z doskoku może nie zdać egzaminu. Przygotuj kartkę, na której rozpiszesz lub rozrysujesz plan warzywnika, długopis, mazaki, kredki, wszystko to, co przyda Ci się w tworzeniu Twojego planu. Miej także pod ręką tabelę dobrego i złego sąsiedztwa roślin (allelopatii), a także schemat płodozmianu. PDF do pobrania znajdziesz w jednym z moich artykułów na ten temat.

Jeśli stworzyłeś plan warzywnika w poprzednim sezonie, to postaraj się go odnaleźć, przyda się szczególnie w momencie, gdy będziesz się zastanawiać nad płodozmianem. Potrzebujesz też listy warzyw, które w tym sezonie chcesz uprawiać. Jeśli nie masz listy, sięgnij po paczki nasion, żeby na pewno nic Ci nie umknęło. Jeśli robiłeś notatki w trakcie poprzedniego sezonu, to uważnie je teraz przeczytaj, by wprowadzić ewentualne poprawki już na etapie planowania.

Planowanie krok po kroku

  • Na początku rozrysuj lub rozpisz układ rabat. Z mojego doświadczenia wynika, że łatwiej się planuje na obrazkach, jeśli jednak nawet narysowanie prostokąta sprawia Ci kłopot – rozpisz swój warzywnik: rabata 1:…, rabata 2…
  • Zastanów się, jak w ciągu dnia zmienia się światło w Twoim warzywniku. Tam, gdzie jest go najwięcej, staraj się lokalizować warzywa najbardziej światłolubne. Pamiętaj, że warzywa potrzebują co najmniej 6-8 godzin słońca w ciągu dnia.
  • Teraz zerknij na zeszłoroczny plan nasadzeń, jeśli taki przygotowywałeś. Jeśli nie, postaraj się sobie przypomnieć co rosło na poszczególnych rabatach. To bardzo ważne, bo sadzenie tych samych roślin w tym samym miejscu rok po roku nie jest dobrym pomysłem. Każda z poszczególnych „rodzin” roślin potrzebuje szeregu konkretnych składników odżywczych, jeśli rośliny z tej samej grupy rosły w danym miejscu w poprzednim sezonie, ziemia jest pozbawiona większości tych składników, bo zostały już wykorzystane. Nawożenie pomoże, ale nie wyeliminuje z kolei patogenów i szkodników, które do ziemi przyciągnęła dana rodzina roślin.
    Sadząc te same warzywa na tym samym miejscu rok po roku ryzykujesz zatem, że będą słabiej rosły pozbawione składników odżywczych, łatwiej zapadały na choroby i ulegały atakowi szkodników.
  • Patrząc na tabele płodozmianu i dobrego sąsiedztwa kolejno przyporządkowuj poszczególnym rabatom warzywa, które na nich będziesz uprawiać. Uwzględnij docelową wielkość rośliny, sposób wzrostu, sposób, w jaki będziesz ją prowadzić. Niektóre rośliny, jak dynie potrzebują bardzo dużo miejsca, raczej zajmą całą rabatę i nie ma się co łudzić, że będzie inaczej. Podobnie z ogórkami. Jednak możesz nieco “oszukać system” prowadząc ogórki do góry, na podporach w kształcie wigwamu. Wówczas na rabacie zmieści się więcej warzyw, ale prowadzone w pionie ogórki będą zacieniały jej część i to musisz uwzględnić.
  • Na koniec przyjrzyj się całości planu, jeszcze raz przeanalizuj układ i jeśli masz ochotę – rozrysuj warzywa na rabatach.

Koniecznie oznacz rok, jakiego dotyczy plan warzywnika, a na koniec zrób zdjęcie, żeby plan mieć zawsze pod ręką, w warzywniku.

W tym roku na moim planie warzywnika zostawiłam nieco pustego miejsca na zapisanie nazw poszczególnych odmian warzyw, jakie planuję uprawiać. To wnioski wyciągnięte z minionego sezonu. Miałam mnóstwo bardzo smacznych i plennych warzyw, jednak nie wszystkie oznaczałam etykietą, a opakowania, po opróżnieniu, wyrzucałam. Przez to nie wiem, jakie odmiany tak bardzo mi się sprawdzały. Dzięki zapisaniu nazw na planie, łatwiej będzie mi do nich wrócić w kolejnym sezonie.

Mam nadzieję, że zachęciłam Cię do stworzenia planu swojego warzywnika. To naprawdę przydatne narzędzie, które pozwoli Ci oszczędzić czas i nerwy 🙂 Powodzenia w planowaniu!

rok 2020

Jaki był 2020 na grządkach

To był kosmicznie dziwny sezon. Zaczęłam pełna zapału, rozplanowałam wszystko idealnie, a potem los miał z moich planów niezły ubaw. 

Zaczęło się od tego, że postanowiliśmy po raz pierwszy spędzić cały sezon na miejscu. Żadnych urlopów w lipcu czy sierpniu. Wyjechaliśmy na wakacje w marcu, planując drugi wyjazd dopiero w listopadzie lub grudniu. To by oznaczało, że wreszcie wykorzystamy potencjał domu i ogrodu w lecie. Brzmiało jak super plan.

Tuż przed marcowym urlopem zdążyłam jeszcze wysiać pomidorki. Bałam się, że jak wrócimy mogę mieć w pracy pourlopowe urwanie głowy i nie zdążę, a zgodnie z planem wracaliśmy mocno pod koniec marca. Chyba Opatrzność nade mną czuwała, że tak zrobiłam. W międzyczasie, gdy już byliśmy na urlopie, epidemia koronawirusa zamieniła się w pandemię i świat zamknął granice. A my utknęliśmy tysiące kilometrów od domu.

Wróciliśmy w kwietniu. Przygoda super, ale gdyby nie to, że coś mnie tknęło by wysiać nasiona przed wylotem, pomidorów własnych w tym roku bym nie miała.

Po wylądowaniu od razu trafiliśmy do kwarantanny. Super, mogliśmy pracować z domu, więc rozstawiłam swoje „biuro” w pokoju z rozsadą i mogłam jej doglądać jednocześnie pracując. Pojawił się jednak problem: skąd będąc w kwarantannie wziąć rozsadę pora i selera, których nigdy nie sieję ze względu na czas produkcji? Na szczęście w międzyczasie otworzyli sklepy ogrodnicze i bazary, a my skończyliśmy kwarantannę, unikając koronawirusa.

Nie mogę pominąć tematu pogody. Ten rok był koszmarnie zimny i mokry. Przymrozki zdarzały się jeszcze po „zimnych ogrodnikach”, a poza tym temperatura nie przekraczała 20 stopni w dzień. Noce były wręcz bardzo zimne, po kilka stopni. W lipcu i sierpniu nieco się poprawiło, ale noce nadal pozostały chłodne. Tylko dwa razy w tym sezonie daliśmy radę spędzić wieczór na tarasie, poza tym chłód wyganiał nas do domu.

No dobra, ale jak zaczęły sezon nasze warzywa?

Najpierw zabrałam się za wysiew cebuli i papryk. Zrobiłam to na początku lutego, bo rośliny te potrzebują dużo czasu na wzrost. Postawiłam na podłużne odmiany cebuli Tosca oraz Rosa lunga di Firenze i zdecydowanie się na nich nie zawiodłam. Wyszły super, nawet lepiej niż dymka. Oczywiście dymkę też sadziłam, jednak dopiero pod koniec kwietnia.

Na początku marca posiałam pomidory i bakłażany i włączyłam doświetlanie roślin. Ono odpala się automatycznie, więc nawet w trakcie naszego urlopu, w pochmurne dni, roślinki miały sporo światła.
Jeśli chodzi o pomidory, to postawiłam na 21 odmian, powoli chcę wybrać te, które najbardziej się u nas sprawdzą i zostać przy nich, wprowadzając co roku 2-3 testowe i być może rezygnując z jakichś, które nam się znudzą lub przestaną się sprawdzać. Pełną listę testowanych przez nas odmian wraz z opisami obserwacji opisuję w oddzielnym artykule.

Muszę się Wam przyznać, że po dziesięciu latach hodowania pomidorów popełniłam dosyć podstawowy błąd, który przez cały sezon rzutował na jakość plonów. Mimo, że widziałam wiele prognoz, które jednoznacznie pokazywały, że po zimnych ogrodnikach temperatury będą jeszcze zbyt niskie dla pomidorów, ja uznałam, że się nie przejmuję i sadzę. To dlatego, że krzaczki były już mocno wyrośnięte i nie chciałam ich dalej męczyć. A wystarczyło przesadzić je do większych doniczek i jeszcze lepiej nawozić. Cóż. To moja nauka z tego sezonu.

Pomidory w szklarni, które wysadziłam kilka dni przed zimnymi ogrodnikami ucierpiały najbardziej – one zostały lekko dotknięte przymrozkiem. Owocowały bardzo słabo. Zwykle nie jestem w stanie przerobić zbiorów, tym razem w zasadzie nie było nadwyżek. To samo z pomidorami w warzywniku na tarasie. Sadziłam je pod koniec maja, ale noce nadal były bardzo zimne. Było po nich widać, że wcale im się to nie spodobało. Na dolnych gronach owoce w zasadzie się nie wykształciły. Sprawy nie ułatwiał fakt, że często było pochmurno, wiec ultra światłolubnym pomidorom brak słońca zdecydowanie nie pomagał.

Zdecydowałam się też na cztery odmiany papryki: Zulu, Corno di Toro, zwykłe jalapeno oraz purpurowe jalapeno. Jak wyszły? Purpurowe jalapeno super. Za to pozostałe bardzo długo nie dojrzewały, zapewne z powodu chłodnej pogody.

To był też rok ostatecznego zmierzenia się z bakłażanami. Przez trzy lata hodowałam Black Beauty i przez ten czas doczekałam się dosłownie jednego owocu, mimo, że zapewniałam tym roślinkom wszystko, czego potrzebowały. Doszłam do wniosku, że problem może być w odmianie i się nie pomyliłam. Kupiłam nasiona Long purple i Violetta di Firenze i Listada di Gandia. Long purple okazał się bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Zaczął owocować wcześnie i kontynuował aż do końca sezonu. To mnie zmusiło do szukania nowych przepisów na jego wykorzystanie i tak trafiłam na musakę (którą owszem znałam, nigdy nie próbowałam, ale uważałam, ze nie może być dobra; o tym jak bardzo się myliłam więcej piszę na blogu).

Zaowocowała też Violetta di Firenze, ale miała tylko dwa, choć bardzo piękne, pękate owoce. W przyszłym sezonie będę chciała przetestować jeszcze inne odmiany, może białe.

Hit: siana cebula

Na pewno w kolejnych sezonach będę stawiała w większości na podłużne odmiany cebuli. U mnie wyszły super. Są duże, dorodne, a przede wszystkim rosną zdrowo, w przeciwieństwie do dymki, która złapała jakąś chorobę. Fajnym patentem na cebulę było też posadzenie jesienią dymki w szklarni. Zostało mi kilkanaście cebulek i szkoda było je wyrzucić. Nie rokowała, naprawdę, byłam pewna, że nic z tego nie będzie. Tymczasem w czerwcu miałam dorodne cebule, bardzo smaczne, słodkie. Kryły się pod ziemią, więc nawet nie widziałam, że tak ładnie urosły, bo można je było zbierać już wcześniej.

W tym roku udało mi się dostać zimową dymkę, którą można sadzić w gruncie. Na pewno ją przetestuję, bo bardzo spodobał mi się taki wczesny zbiór.

Co roku obiecuję sobie, że posadzę więcej czosnku, tak robię i nadal mam go za mało. Czosnek bardzo przydaje nam się w kuchni, więc nie trzeba mu żałować miejsca w warzywniku. Tradycyjnie sadzę go w październiku, zbieram koło połowy lipca. Jesienne sadzenie pozwala uzyskać zdecydowanie większe główki.

Ogórki lubią ciepło

Mam mieszane uczucia jeśli chodzi o ocenę tegorocznych plonów ogórków. Niby zbiory były całkiem niezłe, ale ogórki późno wystartowały ze względu na zimne noce.

I tu kolejna nauczka na przyszły sezon: ogórki naprawdę warto okrywać, rosną wtedy dwa razy lepiej. Ja nigdy tak nie robiłam, sprawdziłam dopiero na ogórkach hodowanych w donicy i wyszły genialnie! Rosły bardzo ładnie.

Natomiast zupełnie nie udały się ogórki wysiewane pod koniec czerwca i pod koniec lipca. W ogóle nie urosły, dopadła je jakaś choroba. Na szczęście na zasadniczej rabacie plony mieliśmy aż do połowy września.

Korzeniowe wyszły nieźle

Marchewki to była trochę przygoda. Kupiłam piękne, purpurowe nasiona, płacąc za nie jakiś majątek jak na ceny nasion, ale było warto. Udała się piękna i bardzo smaczna. Odmiana pomarańczowa i biała z kolorowego miksu za to wyszły słabo, rozwidliły się lub urosły małe.

Na miks postawiłam tez w buraczkach. Siałam je w trzech turach, by mieć stały dostęp do młodych bulwek i to się udało. Tak poznałam żółte buraczki. Najpyszniejsze ze wszystkich! Nie do końca jestem za to zadowolona z odmiany chioggia, z miksu, bardzo szybko przerosła i była łykowata, choć na pewno na zdjęciach wygląda pięknie :).

Az trzy razy musiałam siać pietruszkę, żeby w efekcie tych zabiegów mieć… jeden rządek słabej i drobnej natki. Pod ziemią jeszcze gorzej – korzonki grubości małego palca u ręki. Na szczęście pietruszkę zawsze w większości zostawiam w ziemi bo uwielbiam świeżą natkę na przedwiośniu, więc strata niewielka.

Kapusta nie, jarmuż tak

Właśnie chciałam napisać, ze właściwie to zrezygnowałam z kapustowatych, ale uświadomiłam sobie, że to nieprawda. Wiosną miałam piękną purpurową kalarepę, nie mogło też u mnie zabraknąć jarmużu. Kalarepa wyszła super, bo miała dużo wody, ze względu na nieustanne deszcze. Muszę pamiętać, żeby na przyszłość dobrze ją podlewać, zdecydowanie jej to służy. Jarmuże też udały się pięknie, choć oczywiście walczyłam z mączlikiem. Taka tradycja już chyba. Jak w końcu znajdę sposób, by raz a dobrze się go pozbyć to będę najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem.

Od kilku lat stawiam na cztery odmiany jarmużu: kędzierzawy zielony niski i wyższy, kędzierzawy fioletowy i toskański, o mniej karbowanych liściach.
W tym roku, podobnie jak w poprzednich latach, posadziłam morze sałaty. Zawsze wiosną wybieram kilka kolorów i uzupełniam nią puste jeszcze miejsca w warzywniku, żeby nie było smutno zanim warzywa zapełnią skrzynie.

Wielka trójka

W tym roku postanowiłam bardziej przyłożyć się do uprawy dyń, które do tej pory udały mi się tylko raz, kiedy rosły w gruncie. Udało się połowicznie. Dobrze wystartowałam, skrzynki solidnie nawiozłam, ale potem dynie żarłoki zużyły cały nawóz i przestały owocować. Efektem są dwie dynie hokkaido i dwie szare (oczywiście zgubiłam etykietę z nazwą). Sama przygotowałam rozsadę dyń, dzięki czemu w momencie sadzenia miałam dorodne sadzonki już z zawiązanymi pąkami kwiatowymi. Nasiona siałam w kwietniu.

Do dyń dodałam kukurydzę wraz z fasolą, bo to trójka, która bardzo lubi swoje towarzystwo. Fasola udała się bardzo. Wyszła super, kolby były piękne, jedyny minus był taki, ze zerwałam je zdecydowanie zbyt późno, zaczęły już być lekko twarde. Nic to, kolejne cenne doświadczenie, w następnym roku pójdzie mi lepiej :).

Fasola udała się pięknie. Siałam ją co dwa tygodnie, rządek tu, rządek tam i cieszyłam się zbiorami przez cały sezon. Miałam przede wszystkim odmiany szparagowe, żółtą i zieloną, ale też tyczną o płaskich żółtych strączkach. Miałam nasiona purpurowej, ale wzeszły słabo, zbiorów nie było.

Całkiem ładnie poszła mi za to uprawa fasolnika chińskiego. To warzywo bardzo lubi ciepło, więc spodziewałam się raczej porażki w ten niezwykle chłodny rok. A tymczasem fasolnik rósł ładnie i wydał wiele długich strączków. Na pewno to warzywo będzie stałym gościem w moim warzywniku.

Całkiem fajnie wyszły cukinie, miałam ich akurat tyle, ile mi potrzeba, a posadziłam 4 krzaczki. Dwa krzaczki patisonów też dały dokładnie tyle owoców, ile chciałam mieć. Spokojnie byliśmy w stanie to przerobić w kuchni. Cukinie i patisony też miałam z przygotowanej wcześniej rozsady i myślę, że to najlepsza metoda, by uzyskać zdrowe, dorodne rośliny. Będę tak robić co roku.

Ziemniaki i bataty

Tradycyjnie dwie skrzynie 1mx2m przeznaczyłam na ziemniaki. To ilość, która pozwala nam zbierać plony przez cały sezon, a potem zapełnić spiżarnię aż do Bożego Narodzenia. Miałam trzy odmiany (tak, ich nazw też nie pamiętam) o żółtej, fioletowej i czarnej skórce. Lubię mączyste ziemniaki, dlatego właśnie na takie odmiany postawiłam. Wyszły nieźle, choć te czarne początkowo nie kiełkowały. Byłam pewna, że nic z nich nie będzie, a tu niespodzianka! Przy wykopywaniu okazało się, że jest ich całe mnóstwo.

Całkiem nieźle, jak na pierwszy raz, udały się bataty – to mój projekt testowy z tego roku. Pretekstem był wykiełkowany batat, którego znalazłam w pojemniku z warzywami (nieco zapomniany ;). uznałam, że skoro już wypuścił kiełek, to chce rosnąć i trzeba dać mu taką szansę. Dokupiłam kilka kolejnych i całą skrzynkę w warzywniku na tarasie przeznaczyłam na bataty. Zebrałam sporo, ale bulwy były raczej drobne.

Innym testowanym warzywem była skorzonera. To staropolskie warzywo, bardzo lubiane kiedyś na polskich dworach, nieco przypominające marchewkę, ale o charakterystycznej czarnej skórce. Udała się nieźle, ale niestety korzenie nie były proste, dosyć mocno się rozwidliły. W smaku pyszna. Ja przyrządziłam ją z makaronem, wcześniej obsmażając na maśle. Pyszota! Jednak ilość zachodu z tym warzywem była taka, że nie wyrywam się by je znowu hodować w przyszłym sezonie. Zobaczę, czy będę miała miejsce.

Wege porażki

Zaliczyłam w tym roku prawdziwą porażkę jeśli chodzi o groszek. Wysadziłam go bardzo późno i tylko jedną odmianę, o purpurowym kolorze. Jeszcze nie zaczął rosnąć, kiedy dopadł go mączniak. Strączki i ziarenka były łykowate.

Słabo mi szło z koperkiem. Czy uwierzycie, że koperek, który dotychczas u mnie w ogrodzie rósł dosłownie wszędzie, nie miał nawet jednego kwiatu. Po prostu go nie było. Nie kiełkował. Jak w przyszłym sezonie wszystkie te jego nasiona, które wpakowałam w ziemię wyrosną, to będę miała koperkową dżunglę.

Kwiaty w warzywniku

W tym sezonie w warzywniku hodowałam też kwiaty. Miałam piękne aksamitki strawberry blonde, które były niesamowicie urocze. Zakochałam się w nich i chcę je mieć także w kolejnych latach, dlatego zbierałam tyle nasion, ile tylko się dało. Niestety, nie było tego wiele. Deszczowa pogoda sprawiła, że przekwitające kwiaty obgniwały, zamiast usychać. Zobaczymy, czy zebrane przeze mnie nasiona wykiełkują. Jeśli nie, to na pewno kupię tę odmianę aksamitek.

Wybrałam też białe astry chińskie, które jednak z jakiegoś powodu zamierały na etapie siewki. To pewnie efekt zimnej i deszczowej wiosny. Jednak z kilkunastu sadzone, które przeżyły miałam dorodne trzy bukiety.

Jagodnik

Doskonale w tym roku udały się borówki amerykańskie. Obrodziły bardzo obficie. Nie mogę tez narzekać na jagody kamczackie. Wszystkie solidnie nawiozłam wiosną i wygląda na to, że to im dobrze posłużyło. Miałam tez całkiem przyzwoity zbiór porzeczek, agrestu za to zbyt dużo nie było. Być może to efekt tego, ze jesienią przesadzałam krzaczki i nie zdążyły się zaaklimatyzować na nowym miejscu.

Nieźle owocowały letnie maliny, owoce były słodkie i dorodne (to tez pewnie efekt wiosennego nawożenia), jednak jesienne odmiany, poza żółtą, okazały się porażką. To zapewne wina zimnych dni i dużej ilości deszczu.

Nie udały się też truskawki i szczerze mówiąc mam już ich trochę dość. Rabata z nimi ma 0,5 na 6m i nie udało mi się z niej zebrać ani jednej miseczki owoców. Mieliśmy tylko pojedyncze sztuki, dosyć drobne. Jesienią przebudowaliśmy to miejsce, podwyższając nieco grządkę, by zmieściło się więcej żyznej ziemi i zamierzamy całkowicie wymienić sadzonki. Postawię na więcej odmian, które powtarzają owocowanie.

A jak wasze obserwacje z sezonu 2020 w warzywniku?

nasiona warzyw

Jak i gdzie kupować nasiona

Przyznam szczerze, że nie jestem nasionowym ortodoksem. Owszem, ważne jest dla mnie ekologiczne pochodzenie nasion i jak najmniejszy negatywny wpływ ich produkcji i logistyki sprzedaży na środowisko, ale wystarczy, że wpadnie mi w oczy opakowanie nasion, które w jakiś sposób mnie zaciekawią (np. inna odmiana) i jeśli tylko nie mają na opakowaniu napisu, że zostały wyprodukowane w laboratoriom, pod mikroskopem, przy użyciu tony pestycydów i licznych modyfikacji genetycznych, to raczej je wezmę.

Nie jestem też wielką fanką nasion z oznaczeniem F1 (czyli takich, które, upraszczając, dobierane są w taki sposób, by kumulowały w sobie jak najwięcej pozytywnych cech swoich rodziców; są więc np. bardziej plenne, odporne na choroby), ale gdybym pokazała Wam mój koszyk z nasionami, to znaleźlibyście w nim co najmniej kilka paczuszek z właśnie takim symbolem. Dlaczego? Dlatego, że zauroczyły mnie te konkretne odmiany warzyw czy kwiatów.
Za nasionami F1 nie przepadam dlatego, że wypierają stare tradycyjne odmiany, jak dla mnie najsmaczniejsze, choć często trudniejsze w uprawie, bardziej wrażliwe. Są jak Mc Donald świata roślin. Jednak to efekt pracy naukowców, którzy dla ogrodników tak długo selekcjonowali poszczególne krzyżówki, podkreślmy – drogą naturalną – aż trafili na tę idealną.

Staram się z założenia omijać szerokim łukiem półki z nasionami w supermarketach, które zalewają stoiska sezonowe wczesną wiosną. Większość z nich to nasiona marnej jakości, tanie, ale z najniższej półki. Nie wspomnę już o tym ile razy zdarzyło mi się kupić w takim miejscu nasiona pomylone (np. miła być limonkowy tytoń ozdobny, był wielokolorowy, niska aksamitka urosła po pas). Szkoda mi inwestować mój czas i pieniądze w coś tak niepewnego.

Zawsze wybieram nasiona od sprawdzonych dostawców – w internecie (np. Allegro) od tych, którzy sprzedają od lat i mają dużo dobrych opinii. Mam też to szczęście, że blisko domu mam sklep z nasionami PNOS Ożarów, starego polskiego producenta. Lubię nasiona od Legutko i Vilmorin.

W tym roku spełniłam moje marzenie o zamówieniu nasion z amerykańskiej firmy słynącej z nasion starych, tradycyjnych odmian – Bakercreek. To firma rodzinna, pozyskująca stare nasiona niemal z całego świata. Tym większa radość dla mnie z takich zakupów.
Takich firm jest więcej – wystarczy trochę poszukać, a z pewnością na nie traficie i Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii, Niemczech, czy Holandii. Nie wiem czemu zwlekałam tyle z tym zamówieniem, zbierałam się do tego ze dwa lata. Wydawało mi się, że zamówienie ze Stanów będzie jakaś szczególną, trudną procedurą. Wcale nie. Zamówiłam, zapłaciłam, trzy tygodnie później cieszyłam się z przesyłki pełnej niesamowitych nasion.

Paczka nasion paczce nasion nierówna. Jeśli wahacie się, którą wybrać porównajcie zawartość pod kątem wagi, terminu przydatności, czy też sposobu pakowania – te w hermetycznych paczuszkach lepiej się przechowują niż nasiona wsypane wprost do papierowego opakowania, które będą bardziej wrażliwe na warunki przechowywania.

Wśród nasion są też takie dostępne na taśmie, w specjalnych otoczkach i nasiona w różny sposób zaprawiane. To zaprawianie mnie mało kręci, bo najczęściej wykonywane jest za pomocą chemii, ale oczywiście zdarzają się również nasiona zaprawiane naturalnymi środkami. Różnie też bywa z otoczkami – część ma tylko naturalne składniki, część niekoniecznie. Po nasiona na taśmie sięgam rzadko, ale to dobre rozwiązanie przy wysiewie rzodkiewki, marchwi czy pietruszki, kiedy nasiona powinny być siane w odpowiednich odstępach, a są na tyle drobne, że trudno je ręcznie w taki sposób rozmieścić (choć ja tak robię i uwierzcie – da się).

Małe podsumowanie

  • kupuj nasiona sprawdzonych producentów, najlepiej w centrach ogrodniczych i w internecie
  • nie daj się skusić na promocje supermarketowe i nasiona marek własnych sieci handlowych – ok, czasami da się tam znaleźć perełki, częściej jednak niekoniecznie
  • uważaj na nasiona z bazaru – różnie bywa z warunkami ich przechowywania
  • kupując nasiona w internecie postaraj się dobrze zweryfikować dostawcę
  • wybieraj sprawdzone odmiany
  • im mniej udziwnień – zapraw, otoczek itp., tym lepiej
  • nasiona pakowane w hermetyczne torebeczki (da się je wyczuć w torebce z nasionami) będą się przechowywały lepiej
  • czytaj opakowania – chemia czai się wszędzie
  • zwracaj uwagę na termin przydatności do wysiewu

Ja najczęściej szukam nasion naturalnych, najchętniej tradycyjnych odmian, jeśli tylko się da – ekologicznych, ale tak jak już wspominałam – nie jestem ortodoksem. Póki co szkoda mi rezygnować z nietypowych odmian, a takie najczęściej można spotkać w mieszańcach F1.

Zakupy zawsze zaczynam od przejrzenia mojego koszyka z paczkami nasion z poprzednich lat. Sprawdzam terminy przydatności, co mam, a czego mi brakuje. Następnie spisuję listę i bez niej nie ruszam się do sklepu. Uwierzcie, że mimo najszczerszych chęci trudno jest zapamiętać, to, czego brakuje. Do tego dochodzi szok poznawczy, jakiego doznajemy w sklepie na przededniu sezonu. Nasion jest tak dużo, a wybór odmian tak szeroki, że można wpaść w zakupowe szaleństwo. Lista tu zdecydowanie pomaga, bo na pewno weźmiemy to, czego nam potrzeba, niczego nie pomijając, a reszta zależy już tylko od miejsca w ogrodzie i zasobności portfela.

A74F16D5-639C-4158-9236-E0AC17CC343F - Kopia

Co siać i sadzić jesienią

Od kilku lat staram się wykorzystywać do uprawy warzyw nie tylko wiosnę i lato, ale także jesień i zimę – pory roku kojarzone raczej ze zbiorami i ich przetwarzaniem, niż z wysiewami i sadzeniem. Przez ten czas nauczyłam się bardzo wiele, a przede wszystkim nabrałam odwagi i doświadczenia.

Jest wiele roślin, które doskonale znoszą minusowe temperatury i małą ilość światła, dlatego plon z nich możemy pozyskiwać całą zimę. Są też takie, które może zimą nie są najsmaczniejsze, lub spędzają ją szczelnie okryte ziemią, ale wysiane w poprzednim sezonie zdecydowanie szybciej ruszają na wiosnę i dają znacznie szybszy plon.

W moim warzywniku na zimę zawsze zostają jarmuże i brukselki. Sadzę je w zasadzie wyłącznie po to, by zjadać je właśnie zimą. Lekko przemrożone tracą goryczkę, zyskują za to głębię smaku i taką specyficzną, lekką słodycz. Jarmuże i brukselki sieję wiosną, sama przygotowuję rozsadę i w kwietniu wysadzam na grządki. Aż do pierwszych przymrozków w zasadzie z nich nie korzystam, za to zimą opijam się smoothie z jarmużu. Uwielbiam też brukselkę z masłem i bułką tartą.

Zawsze jesienią, dokładnie w październiku (ok. 25.10), sadzę też czosnek. Ten z jesieni wykształca znacznie większe główki niż sadzony wiosną.
W zeszłym roku, dla eksperymentu bo zostało mi kilkadziesiąt cebulek z wiosny, posadziłam też na zimę dymkę i byłam zachwycona efektami. Już w czerwcu miałam ogromne cebule gotowe do zbioru, a całą wiosnę korzystaliśmy ze szczypiorku i młodych cebulek.

W tym roku jesienią wkroczyłam w kolejny etap :). Kupiłam dwie odmiany dymki przeznaczonej właśnie do zimowej uprawy i liczę na poważne zbiory wiosną. Co jak co, ale cebuli w kuchni nigdy za dużo.

Od kilku lat na zimę wysiewam też różne rodzaje sałaty. Masłowa i lodowa rosną w szklarni, czekając na wiosenny zbiór. Czasami tylko uszczykuję im pojedyncze listki, ale z braku światła nie są szczególnie smaczne. Za to wiosną mam piękną sałatę znacznie wcześniej. W szklarni mam też rukolę, taką bylinową, która cięta doskonale odbija od korzenia. Ona również plonuje całą zimę.

Na zewnątrz sieję mizunę i roszponkę. Te sałaty zbieram całą jesień i zimę, wiosną niestety bardzo szybko wybijają w pędy kwiatowe.

Na liście jesiennych wysiewów mam tez szpinak. W zasadzie sieję go zwykle w sierpniu, ale tym razem trochę zamarudziłam i posiałam go we wrześniu. Efekt był taki, że przed zimą nie zebrałam ani listka. Zwykle mam szpinakowe plony przez cały wrzesień i październik, a wiosną – już od marca. Tym razem muszę zatem poczekać do wiosny.

W tym roku jesienią wysiałam też marchewkę, pietruszkę i koperek. Zrobiłam to późno, w listopadzie, tuż przed przymrozkami, celowo tak, by rośliny nie skiełkowały, bo wówczas raczej by przemarzły. Dodatkowo, posiałam je nieco gęściej, na wypadek, gdyby któraś jednak nie przetrwała chłodu zimy, a całą rabatkę przykryłam dosyć grubą warstwą słomy. Liczę, że w czerwcu będę już zbierać dorodne marchewki.

W zeszłym roku zupełnie przez przypadek udał mi się mały eksperyment – w ziemi, w której rosły ziemniaki zostało parę bulw i dowiedziałam się o nich tylko dlatego, że pięknie wykiełkowały na wiosnę. Wykopałam je i były w idealnym stanie, bardzo świeże, co więcej w zasadzie smakowały jak młode ziemniaki. Zastanawiam się, czy nie spróbować w przyszłym roku posadzić rządka ziemniaków na taki wczesny zbiór. Niczym nie ryzykuję, najwyżej stracę kilka ziemniaczanych bulw.

W tym roku w mojej szklarni zimują także pory i cebula wysiewane z nasionka. Dostałam je od koleżanki, nie zdążyły urosnąć, a szkoda było je wyrzucić. Zobaczymy co wyjdzie z tego eksperymentu.

Uwielbiam takie sytuacje, bo dzięki nim uczę się ciągle czegoś nowego. Większość moich warzywnych doświadczeń kończy się jednak sukcesem, tym bardziej nie boję się próbować.

I Was również do tego zachęcam!