2018 na grządkach

2018 na grządkach

To był rok, na który zdecydowanie nie mogłabym narzekać. Nauczyłam się wyciągać maksymalnie dużo z niewielkiej powierzchni naszego warzywnika i kiedy jedne warzywa się kończyły, na ich miejsce wskakiwały następne. Starłam się stosować płodozmian, którego tak naprawdę dopiero się uczyłam.

Dobry rok dla ogrodników

Trzeba przyznać, że pogoda w 2018 r. dopisywała ogrodnikom. Wiosna była bardzo ciepła, bez przymrozków, lato również było ciepłe, bez długich okresów z dokuczliwymi upałami, ale sporo padało. 

Charakterystyczna dla tego roku była bardzo duża ilość owoców. To pewnie efekt braku przymrozków w fazie nabrzmiewania pąków i kwitnienia drzew.

Co się działo w warzywniku

W 2018 działaliśmy w naszych dwóch małych warzywnikach z podniesionymi rabatami: obok domku ogrodnika (4 skrzynie 1x2m i 1 skrzynia 1x1m) i z tyłu domu (3 skrzynie 1x2m, 2 skrzynie 1×1,2m plus szklarnia). Sadziliśmy: ziemniaki, kalarepę, czosnek, cebulę cukrową i dymkę, pietruszkę, marchew, szpinak, sałatę, fenkuł, koper, mizunę i mibunę, kapustę pekińską, pietruszkę naciową, ogórki, dynie, paprykę, pomidory, roszponkę, rukolę, bakłażana, kapustę, brukselkę, cukinię, dynie, kabaczki, patisony, fasolę szparagową i tyczną, buraczki, pory i selery.

Co się udało:

Ziemniaki posadziłam w połowie kwietnia z kupionych sadzeniaków, w dwóch skrzyniach (38 krzaczków). Wyrosły pięknie, ale pryskaliśmy na zarazę ziemniaka, bo na pojedynczych listkach zaczęły pojawiać się czarne plamki i trochę spanikowaliśmy. Jesienią jakieś zwierzątko dostało się do skrzyń i zjadło część bulw.

Udała nam się też marchewka, była bardzo kształtna i słodka. Miejsce, w którym rosła podsypałam piaskiem, a nasiona od razu wysadziłam w dobrych odstępach tak, żeby rozwijające się korzenie miały sporo miejsca. Marchew siałam dwa razy: wiosną a potem w lipcu. Obie zmiany się udały.

Mistrzowsko wyrosły nam też buraczki. Posiałam je w marcu na rozsadę, a w kwietniu przeniosłam do gruntu. Kolejną partię wysiałam w lipcu prosto do gruntu. Dzięki temu przez cały sezon mieliśmy i botwinkę i bulwy. Liście lekko poraziła plamistość, ale staraliśmy się usuwać te chore, żeby choroba się nie rozprzestrzeniała i całkiem nieźle się to udało.
We wrześniu posiałam też buraki liściowe tzw. chard, ale te się nie udały. Zdaje się, że wysiałam je odrobinę za późno.

Cukinii nareszcie było „w sam raz”. Posadziłam cztery krzaczki, dwa zielonej i dwa żółtej, oba rodzaje były pyszne. Kalarepa słabo wyszła na rozsadzie, ale w gruncie poradziła sobie świetnie. Niestety, dopadła ją śmietka kapuściana.

Dobrze miała się też kapusta pekińska, wyhodowaliśmy kilka całkiem ładnych sztuk. Byłoby ich więcej, gdybym jej nie wysiała za późno.

Koper był wszędzie. Zszedł i ten wysiany wiosną i ten, który mimo siania nie zszedł w ubiegłym roku. Nauczyłam się uszczykiwać wierzchołki, dzięki czemu rośliny się rozkrzewiają i koper ma znacznie więcej pięknych, seledynowych kwiatów.

Ogórki też sadziłam dwa razy – w kwietniu na rozsadę i we wrześniu. Owoców nie było zbyt dużo, ale mieliśmy stałą dostawę do sałatek przez cały sezon. Na przetwory musieliśmy dokupić. To zapewne efekt gorącego lata i niewystarczającego podlewania. 

Papryka była ok, mieliśmy sporo krzaczków i sporo owoców, ale niektóre dopadła jakaś choroba i obgniwały na gałązkach, przy nasadzie owocu. Nie zidentyfikowałam co spowodowało ten problem.

Pomidory z kolei to taka lekka porażka 2018. Były ok, ale bez szału. Owoców nie było powalająco dużo. Muszę je lepiej nawozić i dobrze podlewać. Pomidory w doniczkach na dachu nie wyszły prawie wcale. 

Fasolę szparagową sadziłam dwa razy – wiosną i jesienią. Zbiory były niezłe, ale chyba w ogóle zrezygnuję z fasoli tycznej. Dla mnie szparagowa ma dużo lepszy smak.

Selery urosły olbrzymie, podobnie jak pory, ale jesienią dopadła je jakaś choroba – małe robaczki (czyżby znowu śmietka?). Podobnie było z porami. 

Warzywnik zimą

2018 rok był pierwszym, kiedy spróbowałam hodować warzywa także zimą. W skrzyniach został jarmuż i brukselka, w szklarni rozsada sałaty, trochę masłowej i trochę dębolistnej. Udały się aż za dobrze, wiosną były nie do przejedzenia, ale jesienią i zimą listki były trochę bez smaku.

Jarmuż miał się genialnie, w ogóle nie przejmował się zimą, liście pokrywał szron, trochę się kurczyły i zwijały, po czy pięknie odmarzały. Świeże listki zrywałam do połowy lutego. Jesienią wysadziłam też czosnek. Nie zszedł, pojawił się dopiero wiosną, a główki były większe niż przed rokiem. Jesienny szpinak zbierałam trzy razy przed końcem sezonu i kilka razy wiosną. 

  • porzeczki owocowały bardzo dobrze, agrest też
  • w porównaniu do poprzedniego roku było bardzo dużo borówek amerykańskich
  • truskawki przesadziliśmy wiosną, więc owoców było bardzo mało
  • poziomki rosły przy skrzyniach w warzywniku z tyłu domu. Mimo cienia było ich sporo.
  • jeżyny zaowocowały pięknie, ale owoce na krzaczkach gotowały się od upału
  • nieźle owocował orzech włoski, mimo wiosennej przycinki
  • maliny letnie były ok, jesienne też się udały

Przerób dynie na puree

Przerób dynie na puree

Koło grudnia biorę się za zmianę dekoracji jesiennych na świąteczne i nagle okazuje się, że połowa mojego garażu jest wypełniona dyniami. Jakoś szkoda mi je wyrzucić, bo są jeszcze całkiem dobre (o ile przymrozek się z nimi nie rozprawił), ale jako, że spędziły parę chłodnych nocy na dworze to zwykle mam obawę, czy dam radę długo je przechować.

Walka o #zerowaste do czegoś zobowiązuje 🙂

Dynie, które hodujemy, zwykle są w stanie poleżeć nawet do wiosny, sukcesywnie po nie sięgamy od września do maja. Przy zbiorach trzeba tylko uważać, żeby nie uszkodzić skórki i zostawić ogonek. Te z dekoracji staram się jednak jak najszybciej przerobić, albo przygotować na świeżo, albo zamrozić. I tu doskonale sprawdza się przepis na puree z dyni. Jest banalnie prosty do wykonania, a dostarcza nam materiał na wiele pysznych dań, ciast i deserów. Wystarczy wyjąć z lodówki zamrożony pakiecik.

Składniki:

  • dynie – tyle ile chcemy przerobić. Średniej wielkości okaz wystarczy na dwie blaszki i ok. 4-5 szklanek puree

Wykonanie:

  • piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni Celsjusza
  • dynię myjemy i przekrawamy na pół. Wyjmujemy miąższ i nasiona.
  • całość kroimy na mniejsze kawałki, optymalne będą paski o szerokości max. 2-3 cm
  • paski układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia (nie solimy, nie natłuszczamy olejem – dzięki temu nasza dynia będzie uniwersalna, przyda się zarówno do słodkich, jak i wytrawnych dań)
  • pieczemy ok. 25 min ( w zależności od grubości pasków). Przed wyjęciem z piekarnika warto sprawdzić wykałaczką, czy dynia jest miękka
  • zostawiamy do ostygnięcia, a następnie obieramy ze skórki, która powinna bardzo łatwo odchodzić (Hokkaido nie potrzebuje obierania)
  • w dużej misce blendujemy dynię na gładką masę, bez grudek
  • porcje o pojemności ok. jednej szklanki pakujemy do woreczka i wkładamy do zamrażarki.Prawda, że proste?