Zrób coś dla pszczół

Zrób coś dla pszczół

Przy naszym ogrodzeniu rosną stare, prawie czterdziestoletnie lipy. Ciągle odłamują się z nich gałęzie, zasłaniają słońce warzywnikowi, coraz bardziej przechylają się na naszą stronę. Ekipa, która budowała ogrodzenie sugerowała usunięcie, bo szkoda takiego ładnego ogrodzenia „jakby co”. Udałam, że nie słyszę. Bardzo dobrze za to słyszałam wczoraj bzyczenie tysięcy (milionów?) pszczół, które próbowały zebrać nektar i pyłek z tych trzech lip. To bardzo charakterystyczny dźwięk, jakby szum, buczenie. Uwijały się tak do 21. Może to naiwne, może śmieszne, ale naprawdę się wzruszyłam. Byłam też strasznie dumna, że mogliśmy dla nich to zrobić – zostawić te trzy lipy, które dają im tyle pożywienia.

Bardzo lubię nowoczesne ogrody, proste linie, symetryczne nasadzenia, geometryczne formy. Niestety takiego ogrodu nigdy raczej mieć nie będę. Po pierwsze lubię tak wiele roślin, że nie potrafiłabym zrezygnować z radości patrzenia na nie jak kwitną tylko dlatego, żeby ograniczyć liczbę gatunków w ogrodzie, zapewniając mu właściwą elegancję. Po drugie – zapylacze. W tym roku strasznie wkurzała i jednocześnie zachwycała mnie driakiew, która wyrosła na jednej z rabat. Sama ją tam posadziłam (właśnie z myślą o owadach), ale wtedy była mniejsza, jakaś taka kompaktowa, sięgała nie wyżej niż do kolan. Tymczasem w tym roku wszystkie trzy sadzonki wyrosły na giganty, zupełnie nie pasujące do tej części ogrodu. Masakra. Już myślałam, żeby wyciąć, ale kiedy zbliżałam się do rośliny z sekatorem zobaczyłam ile trzmieli, pszczół i bzygów uwija się na jej kwiatach. Nie mogłam im tego zrobić :). Została. Wycięłam dopiero przekwitnięciu. Przesadzać nie zamierzam. W pobliżu ustawiłam jednak domek dla trzmieli, żeby chłopakom łatwiej było przetrwać zimę.

Za naszym ogrodzeniem rośnie wielka dzika róża. Rośnie mało powiedziane! Ona dominuje okolicę 😉 Co ja się co roku naklnę jesienią przycinając gałęzie, na których kwitła, a zostawiając te świeżo wypuszczone. Nie mam drugiej róży, która miałaby tyle kolców i tak się broniła przed jakąkolwiek ingerencją. Klnę, przycinam i zostawiam ją dla pszczół. W czerwcu to ich ulubiona stołówka.

Kilka lat temu kupiliśmy pierwszy domek dla pszczół murarek. Nie to, że mieliśmy jakoś szczególnie taką potrzebę, namówił nas znajomy. Jak ja mu jestem wdzięczna, że namówił. Teraz co roku czekamy 10 kwietnia, bo właśnie w okolicach tego dnia maluchy się wykluwają. Z jednego domku zrobiły się cztery, część zapełnionych słomek rozdaliśmy znajomym. Kto raz miał do czynienia z murarkami, ten na pewno się w nich zakocha.

Po co męczyć się z chorobami warzyw, skoro można tak łatwo zwalczyć je opryskiem? Ok ok, chodzi o nasze zdrowie, nie pryska się chemią tego, co potem się zjada. A wiecie, że ponad połowa gatunków pszczół w Polsce zagrożona jest wyginięciem i główną przyczyną tego są właśnie opryski? Czy to nas w ogóle dotyczy? Niestety tak. Nie chodzi tylko o to, że nie pogapimy się na pszczoły uwijające się przy kwitnących w ogrodzie roślinach, bo ich nie będzie. Chodzi też o to, że pszczoły zapylają rośliny, które potem wytwarzają równego rodzaju „owoce” – nasze pożywienie. Bez zapylenia nie ma „owocu”, nie ma zatem co jeść. Jeśli zginą pszczoły, my też zginiemy.

„Największym problemem dzisiejszych pszczół jest współczesne rolnictwo, nastawione przede wszystkim na zysk i jak największe efekty, nie zawsze z dbałością o środowisko naturalne. Chodzi tu przede wszystkim o środki ochrony roślin – substancje chemiczne, które mogą mieć bardzo szkodliwy wpływ na pszczoły. Jeśli wylatują one na pożytki, które niedawno były pryskane środkami chemicznymi, szybko można zauważyć u nich objawy zatrucia. Nie trzeba długo czekać, by masowo zaczęły ginąć całe rodziny pszczele.” – alarmuje portalpszczelarski.pl

To wcale nie znaczy, że problem dotyczy tylko rolnictwa i wielkiej skali. Decyzje każdego z nas mają znaczenie. Nie pryskaj chemią, a jeśli już musisz, przestrzegaj terminów, które nie zagrażają pszczołom.

Każdy z nas może pomóc pszczołom:

  • posadź jak najwięcej roślin miododajnych
  • ustaw specjalne poidełka dla pszczół, ale uwaga! Nie mogą mieć odkrytego lustra wody. Najlepiej naczynie wypełnić keramzytem lub mchem i uzupełnić wodą
  • rozstaw w ogrodzie domki dla dzikich zapylaczy
  • postaraj się zrezygnować z chemii w ogrodzie
Byliny do cienia i półcienia

Byliny do cienia i półcienia

Mój ogród nie należy do najłatwiejszych. Są w nim zarówno miejsca, które przez cały dzień przypiekane są przez palące słońce, jak i takie, gdzie ze względu na sąsiedztwo z lasem światła jest jak na lekarstwo. Choć wydaje się, że to te pierwsze są łatwiejsze do zaaranżowania, to jednak do moich ulubionych należą te znajdujące się w cieniu. Oczywiście zachwycam się kolorami bujnie kwitnących w słońcu bylin, ale jednocześnie wcale nie uważam, że hosty, czy paprocie, okazałe głównie z liści, ustępują im urokiem.

Oto moja lista roślin, które doskonale sprawdzą się w cieniu. Wszystkie przetestowałam we własnym ogrodzie.

Hosty (funkie)

Ze względu na ilość odmian, różnice w kolorze pokroju i zabarwieniu liści oraz kwiatów, każdy może znaleźć idealną hostę dla siebie. Są takie o malutkich liściach i inne, o naprawdę wielkich, niczym uszy słonia; są o zabarwieniu głęboko zielonym, niemal białym, żółtym i niebieskim; są zarówno o okrągłych, jak i ostro zakończonych liściach. Do tego jeszcze dochodzi nieskończona liczba wzorów na liściach oraz różnice w kwiatach. Są białe, liliowe i fioletowe; pachnące i bez zapachu.

To rośliny nie do zdarcia, jeśli tylko zapewni im się odpowiednia wilgotność ziemi i niezbyt zbitą glebę. Świetnie radzą sobie także w pojemnikach. Hosty to dobrzy następcy wiosennych roślin cebulowych – ich liście pojawiają się akurat wtedy, gdy narcyzy, czy tulipany najlepszy okres maja już za sobą i zasłaniają żółknące cebulowce..

Hosty mają dwa minusy – uwielbiają je ślimaki, które po posiłku na liściach zostawiają nieestetyczne otwory. Potrafią też być naprawdę uzależniające. Raczej rzadko się zdarza, by ktoś kto nabył hostę, skończył swoją kolekcję na jednym egzemplarzu.

Żurawki

Ich różnorodność jest niemal tak duża, jak w przypadku host, mają one jednak zdecydowanie więcej kolorów. Odcienie liści rozciągają się od limonkowej zieleni po bardzo ciemny bordowy, niemal czarny kolor. Rośliny różnią się także kwiatami, jedne są zbliżone do odcienia liści, inne zupełnie z nim kontrastują.

Żurawki mają małe wymagania, lubią przepuszczalną glebę i nie zależy im na dużej ilości wody. Najlepiej wyglądają posadzone w grupach, dobrane kolorystycznie. Tak jak w przypadku host ślimaki, tak w przypadku żurawek prawdziwym utrapieniem są opuchlaki i pędraki, które niszczą korzenie, prowadząc do zamierania całych roślin.

Bodziszki

Ich zaletą są nie tylko kwiaty, ale i liście, które przez cały sezon zdobią rabaty. Lepiej kwitną w słońcu, jednak w półcieniu kwiaty utrzymują się dłużej, choć jest ich nieco mniej.

Bodziszki mają wiele pięknych odmian o kwiatach od barwy purpurowej, przez róż, fiolet, niebieski, aż po białą. Kwitną od czerwca do września, a przycięte zwykle powtarzają kwitnienie. Bodziszki dobrze poradzą sobie w niemal wszystkich warunkach, nie lubią jednak wilgotnej gleby. Najlepiej wyglądają sadzone łanami.

Jarzmianka

Jarzmianki w czerwcu zachwycają chmurą delikatnych kwiatów, zwykle w odcieniach różu, bordo lub bieli, które utrzymują się na roślinie do sierpnia. Dużą ozdobą są także powcinane liście. Jarzmianka to roślina niezbyt duża, dorasta do ok. 60-90 cm wysokości i zwykle sama się ładnie rozsiewa, tworząc piękne, naturalistyczne łany. Jest bardzo łatwa w uprawie. Lubi wilgotną, przepuszczalną glebę.

Paprocie

Paprocie to moja wielka miłość. Mam ich tylko kilkanaście, a chciałabym zdecydowanie więcej, do czego niewątpliwie zachęca liczba dostępnych na rynku gatunków i odmian. Można znaleźć właściwą paproć na niemal każde miejsce w ogrodzie, z wyjątkiem tych w pełni nasłonecznionych.

Decydując się na zakup paproci warto sprawdzić jakich konkretnie warunków potrzebuje wybrana odmiana, jeśli je zapewnimy paproć będzie rosła w ogrodzie przez wiele, wiele lat. Paprocie lubią lekką, próchniczą glebę, czasami stanowiska kwaśne. Spokojne miejsce pod gałęziami drzewa będzie optymalne.

Tawułki arendsa

Jedne z królowych cienia, zdobiące cienistą rabatę pięknymi pióropuszami kwiatów. Doskonałe towarzyszki innych bylin, szczególnie host i żurawek, z którymi pięknie kontrastują ich powcinane liście i pierzaste kwiaty. Tawułki są bardzo łatwe w uprawie i długowieczne. Lubią żyzną, najlepiej wilgotną glebę. W suchym i zbyt nasłonecznionym miejscu niestety kwitną krócej.

Orliki

Piękne, miododajne rośliny o charakterystycznych kwiatach, przypominających szpony orła. Dorastają maksymalnie do 80 cm, jednak większość odmian jest zdecydowanie niższa. Orliki znoszą półcień, kwitną wówczas mniej obficie, ale zdecydowanie dłużej niż na słońcu. Kwiaty pojawiają się w maju i czerwcu. Orliki lubią żyzną, próchniczą glebę.

Brunnera

To roślina, która ze względu na kwiaty często bywa mylona z niezapominajką, do której jest bliźniaczo podobna. Obie rośliny jednak zdecydowanie odróżniają liście – u brunnery są zdecydowanie ozdobne, u części odmian pięknie pomalowane szarymi wzorami. Lubi kwaśną, dobrze przepuszczalną glebę i koniecznie stanowisko cieniste, za wiosenne nawożenie odwdzięczy się pięknymi kwiatami i zdrowymi liśćmi. W słońcu, a nawet w półcieniu, roślina będzie cierpieć.

Epimedium

Epimedium to długowieczna bylina, jak często się ja opisuje – ozdobna głównie z liści. Ja jednak najbardziej czekam na drobne kwiaty rosnącego w moim ogrodzie epimedium, które wprawdzie są drobne i trudno widoczne z oddali, ale z bliska wyglądają jak małe dzieła sztuki. Chyba najbardziej przypominają kwiaty dzikich storczyków.

Epimedium świetnie sprawdzi się jako roślina zadarniająca. Jej delikatne, owalne listki mogą mieć marmurkowe ubarwienie, być jednolite lub kolorowo obrzeżone. Roślina nie rośnie zbyt wysoko, jednak doskonale rozrasta się poprzez rozwój kęp. Lubi wilgotną i żyzną glebę, w takich warunkach może na jednym stanowisku rosnąć latami.

Zawilce japońskie

To byliny, które wniosą sporo życia do jesiennego ogrodu. Właśnie wtedy zawilce, wcześniej atrakcyjne głównie z powodu dużych, pokrytych meszkiem liści, zaczynają kwitnąć, zachwycając ogrodników i przyciągając rzesze pszczół. Zawilce lubią żyzną, próchniczną i stale lekko wilgotną glebę. Na suchym, słonecznym stanowisku rośliny będą się męczyły i szybko zakończą kwitnienie. Na właściwym miejscu jednak zawilce szybko się zadomawiają i potrafią być wręcz ekspansywne.

Runianka japońska

Doskonała roślina zadarniająca o niepozornych, białych kwiatuszkach, które pojawiają się w maju. Lubi wilgotne, próchniczne podłoże, w którym doskonale rozrasta się za pomocą podziemnych kłączy. Jest niewielka, dorasta do 10 cm wysokości, stanowi zatem świetną alternatywę dla trawnika w zacienionym miejscu.

Ciemierniki

Ciemierniki to jedne z pierwszych roślin, które wiosną pojawiają się w ogrodzie. Potrafią zakwitnąć nawet jeszcze w grudniu, przez co nazywane są „różami Bożego Narodzenia”. Ich kwiaty uwielbiają pszczoły i trzmiele.

Ciemierniki kwitną pięknie, mają wiele kolorów, od białego, przez seledynowy, odcienie różu, przez bordo, aż po niemal czarny. Kwiaty mogą być pełne, jak i o pojedynczych płatkach. Ciemierniki są długowieczne, posadzone na właściwym miejscu zadomawiają się tam na wiele lat. Lubią gleby próchniczne, wilgotne o zasadowym odczynie.

Barwinek

Zimozielona krzewinka o pięknych, zwykle niebieskich kwiatach, ale są też odmiany różowe i białe. Jej wielką zaletą są błyszczące listki, którymi roślina potrafi szybko zakryć naprawdę dużą powierzchnię. Barwinek lubi wilgotną, próchniczną glebę, na suchych i słonecznych stanowiskach marnieje i potrafi wypadać. Doskonała alternatywa dla trawników.

Bluszcz

Genialnie uniwersalna roślina. Świetnie zadarnia trudne tereny, pięknie wspina się po ścianach i pniach drzew tworząc zielone parawany. Jest bardzo niewymagający i ma wiele pięknych odmian. Nieszkodzi drzewo, po których się wspina, bo preferuje cień, więc nie zabiera im światła, lecz chowa się w cieniu ich liści. Dorosłe egzemplarze wytwarzają inny rodzaj liści i dają wiele przyciągających owady kwiatów, choć same w sobie są one niepozorne. Jesienią roślinę zdobią czarne, okrągłe owoce.

Kopytnik

Zachwyca przede wszystkim okrągłymi, skórzastymi liśćmi w intensywnym, ciemnozielonym kolorze. Dorasta do maksymalnie 15 cm tworząc ładne, zwarte kępy. Rozrasta się przez podziemne kłącza. Najlepiej rośnie na ziemiach próchnicznych, wilgotnych. Kiaty ma niepozorne.

Miodunka

To jedna z roślin, które najbardziej kojarzą się z wiosną, ze względu na porę kwitnienia, jednak atrakcyjne są przez cały sezon. Jej liście pięknie zdobią ogród, tworząc okrągłe kępki, kwiaty przyciągaj,ą owady. Miodunka jest niewielka, dorasta do 30-40 cm. Kwiaty są dwubarwne, zaś liście pokryte małymi włoskami, które nadają im szorstkości. Przepuszczalne, próchniczne i lekko wilgotne podłoże to najlepsze warunki dla miodunki.

Good Morning, Vietnam

Good Morning, Vietnam!

Planując wyjazd do Wietnamu myślałam głównie o jego niezwykłej kulturze i kuchni, tymczasem to nie one są tym, co najbardziej pamiętam z tego urlopu. Zdecydowanie będzie to natomiast przyroda, która jest niesamowitym dodatkiem do całego bogactwa doznań w tej azjatyckiej perełce.

Wietnam jest zielony, soczysty i pełen życia. Niesamowite rośliny wylewają się z zakamarków ulic, pną się po ścianach i zaglądają do okien. Nie brakuje też donic, które miejscowi rozstawiają przy domach i prowadzonych przez siebie sklepikach, czy restauracjach. Czasami rosną w nich kwiaty, czasami sałata i pomidory.

Obraz, który zawsze mam pod powiekami, kiedy myślę o Wietnamie, to małe stragany z kwiatami i owocami wraz z właścicielami przemierzające ulice Hanoi. To jeden z widoków, które spotkały nas zaraz po przyjeździe do tego kraju. Lot akurat ułożył się tak, że wylądowaliśmy w Hanoi wcześnie rano, kiedy okoliczni rolnicy wybierali się akurat do miasta, by sprzedać to, co zebrali ze swoich pól. Owoce i warzywa nie dziwią, ale świeże kwiaty? Jak się okazało są one nieodłącznym elementem każdej restauracji, sklepu, czy świątyni.

Inny symbol Wietnamu – tradycyjny trójkątny kapelusz z liści palmowych. Jadąc do Wietnamu byłam przekonana, że jeśli w ogóle, to spotkam go raczej tylko w wioskach, czy na polach ryżowych. Tymczasem to nieodłączny atrybut każdego Wietnamczyka, mają go wszyscy, niezależnie czy pracują na roli, czy w dobrej restauracji. Ja też sprawiłam sobie taki, po tym jak akurat zapomniałam zabrać nakrycia głowy na górską wspinaczkę. Od tamtej pory się z nim nie rozstawałam. Jest niesamowity, w jakiś magiczny sposób sprawia, że głowa jest jakby nieustannie owiewana świeżym powietrzem. Taki kapelusz, ze względu na rozpiętość ronda, doskonale sprawdza się także w deszcz.

Chyba nie ma folderu o Wietnamie, w którym zabrakłoby zdjęć z jednej z największych atrakcji turystycznych tego kraju – zatoki Ha Long. To niezwykłe miejsce, majestatyczne, żywa sceneria filmowa. Setki ogromnych skał zanurzających się w lazurowej wodzie. Przepięknym widok… jeśli ktoś ma okazję popłynąć tam o świcie, małą łódka. Kiedy, tak jak my, wybierze jeden ze statków wycieczkowych, czeka go disneyland na wodzie. Głośna muzyka, plastikowa trawa na pokładzie i odhaczanie kolejnych punktów programu zwiedzania. Masakra, którą sobie zafundowaliśmy sami.

Bliźniaczą scenerię, ale w zdecydowanie bardziej przyjaznych warunkach można znaleźć w innej części północnego Wietnamu – okolicach Ninh Binh. To miejsce wygląda jak Ha Long przeniesione na grunt, w bajeczną scenerię pól ryżowych. Jak dla mnie to jeden z najpiękniejszych widoków Wietnamu. Aż szkoda, że stał się jednym z tzw. instaspotów. Tysiące turystów codziennie przyjeżdżają tam, by zrobić sobie perfekcyjne zdjęcie na Instagrama. Gdyby nie to w tym miejscu mogłabym spędzić cały dzień.

Nie mniej od wietnamskiej przyrody zachwyciły nas wietnamskie miasta. Są jak wielkie tętniące niezwykłą energią machiny. Pełne życia są zarówno o piątej rano, jak i pierwszej w nocy. Wypełniają je małe restauracyjki, uliczni handlarze, stragany i przenośne garkuchnie prowadzane przez wietnamskie babulinki. Streetfood w najczystszej postaci.

Nie byłabym sobą, gdybym na urlopie nie zajrzała na bazar. Jak dla mnie bazar najlepiej odzwierciedla lokalny charakter, jest jak lustro odbijające twarz danego kraju. Prawdziwe bazary nie są dla turystów, tylko dla miejscowych, tam tętni lokalne życie. Trafisz na taki i masz lekcję o kraju w pigułce. Wietnamskie bazary mnie zachwyciły. Chyba na żadnym innym nie widziałam takiego bogactwa owoców i warzyw.

Muszę Wam jeszcze napisać o trzech pięknych wietnamskich miastach. W Hanoi – obecnie stolicy Wietnamu – spędziliśmy kilka dni, a gdybyśmy zostali na kilka kolejnych, nadal mielibyśmy co tam robić. Nie mieliśmy jakiegoś szczególnego planu zwiedzania. Zatrzymaliśmy się w Old Quarter – starej dzielnicy z restauracjami i sklepikami, zobaczyliśmy m.in. Świątynię Literatury, Jezioro Hoan Kiem, Train Street, Więzienie Hoa Lo, taras widokowy Lotte, ogród botaniczny, który w zasadzie jest parkiem :). Hanoi to jednak wyjątkowe miejsce na mapie świata. Bardzo chciałabym tam kiedyś wrócić.

Drugie niezwykłe miejsce to Hoi An. Szczególnie bliskie naszym sercom, bo na samym środku tego uroczego miasteczka pełnego lampionów stoi pomnik lublinianina – Kazimierza Kwiatkowskiego, który wiele lat temu przekonał lokalne władze, by nie burzyły starych, rybackich domów. Dziś to największa atrakcja turystyczna. Klimat tego miejsca jest niesamowity.

Kazimierz Kwiatkowski pomógł także w uratowaniu ruin starych świątyń porośniętych dżunglą w My Son. Piękne miejsce, choć temperatura wietnamskiego lata nie sprzyja zwiedzaniu.

Trzecie miasto może nie jest aż tak niezwykłe, jak dwa pozostałe, ale może być ciekawą urlopową alternatywą. Wyobraźcie sobie plażowanie nad Morzem Południowochinskim. To już nawet brzmi egzotycznie 🙂 Miejscowość Da Nang położona jest właśnie nad nim i bardzo łatwo do niej dotrzeć lokalnymi liniami lotniczymi. Podróż z Hanoi zajmuje ok. 1,5 h. To typowy kurort, ale ma swój urok, głównie za sprawą rybaków i ich tradycyjnych łódek.

Nie mogę nie wspomnieć o wietnamskiej kuchni. Zjeść sajgonki i zupę pho w ich ojczyźnie to wrażenie nie do opisania. Smaki wietnamskiej kuchni są pełne, bogate i wyjątkowe, jednak moim nr 1 póki co nadal jest kuchnia indonezyjska.

Nasza podróż po Wietnamie rozpoczęła się w Hanoi, skąd wyruszaliśmy zobaczyć zatokę Ha Long i Ninh Binh. Mimo pierwotnych planów, ze względu na pandemię koronawirusa i bliskość granicy chińskiej zrezygnowaliśmy z wizyty w górzystym rejonie Sapa. Pech chciał, ze akurat wtedy pogoda była tam genialna, o co zwykle bardzo trudno 🙂

Z Hanoi ruszyliśmy do Hoi An, a stamtąd mieliśmy się udać na relaks na rajskiej wyspie Phu Quoc, niestety wietnamskie wojsko zatrzymało nas na kwarantannę, w której spędziliśmy kolejnych 12 dni. Okazało się, że mieliśmy kontakt z osobą zakażoną koronawirusem, na szczęście testy okazały się negatywne. Musieliśmy przedłużyć urlop o kolejny tydzień, w międzyczasie uciekły nam wszystkie samoloty i na wyspę nigdy nie dotarliśmy, a do Polski ledwie co. Ale nie ma tego złego… Mamy motywację, by znów wrócić do Wietnamu. Tym razem postawimy na południową część i poza rajską wyspą na kilka dni udamy się także do Kambodży.

Sałatka z młodych ziemniaków

Sałatka z młodych ziemniaków

Przez przypadek trafiłam na nią podczas imprezy grillowej i doznałam olśnienia. Tak genialnie pyszna i w sumie totalnie zerołejstowa. Składa się z tego, co zawsze zostaje w kuchni. Młode ziemniaki? Po co drugim obiedzie. Ogórki małosolne? Kilka ostatnich sztuk zwykle smętnie pływa w naczyniu. A koperek? Koperek przecież jest wszędzie w warzywniku (w tym roku niestety nie u mnie 😀

Proporcje mogą być nieco płynne, a i tak wyjdzie pyszne. Chodzi przecież o to, żeby zużyć, to co w kuchni mogłoby się zmarnować, a nie perfekcyjnie celować w przepis. To co, robimy?

Sałatka z młodych ziemniaków

Czego potrzebujesz:

  • kilkanaście średniej wielkości młodych ziemniaków
  • kilka ogórków małosolnych (najlepiej połowę liczby ziemniaków;
    10 ziemniaków = 5 ogórków)
  • solidną garść koperku (pęczek)
  • kilka szczypiorków lub połowę główki młodej cebuli
  • 2-3 gałązki natki z pietruszki
  • sól i pieprz do smaku

Sos:

  • ząbek czosnku
  • dwie łyżki jogurtu greckiego
  • 1 łyżka majonezu
  • jedna łyżka musztardy

Przygotowanie:

  • ugotowane ziemniaki i kroimy na ćwiartki, a następnie plasterki ok
    1 cm. To samo robimy z ogórkami małosolnymi
  • dodajemy jak najdrobniej pokrojony koperek, natkę i szczypiorek (jeśli stosujecie cebulę, najlepiej przekroić połówkę główki na pół i dopiero pokroić w jak najcieńsze plasterki)
  • w oddzielnym naczyniu przygotowujemy sos: wyciśnięty ząbek czosnku mieszamy z łyżką majonezu i musztardy oraz dwoma łyżkami jogurtu
  • warzywa mieszamy z sosem. Doprawiamy solą i pieprzem do smaku
  • sałatkę odstawiamy do lodówki na co najmniej godzinę, by smaki dobrze się ze sobą zmieszały


Smacznego!

Triki na piękny trawnik

Triki na piękny trawnik

Nie jestem ekspertem od trawników pięknych, jak zielony dywan. Działam trochę intuicyjnie, nawożę zgodnie z radą zaprzyjaźnionego ogrodnika, podlewam, gdy jest sucho, wyrywam chwasty, a wiosną robię mojemu trawnikowi kilka zabiegów turbodoładowujących. Nie ukrywam jednak, że parę osób dotychczas pochwaliło naszą murawę :), a parę innych pytało, jak sprawiliśmy, że tak dobrze wygląda, dlatego nie boję się z Wami podzielić moimi trikami na piękny trawnik.

#1 przygotowanie terenu

My rozpoczęliśmy po budowie domu, jakoś tak się złożyło, że w lipcu. Co tu dużo mówić, nie jest to najlepsza pora na zakładanie trawnika. Upał, sucho, dla trawy, szczególnie tej kiełkującej, prawdziwy dramat. W przypadku budowy domu i zakładania ogrodu, trawnik powinien być ostatnim etapem prac, kiedy w ogrodzie wszystko jest już gotowe. Inaczej zanim powstanie na dobre, zostanie zadeptany 🙂

U nas, zanim posialiśmy trawę, teren na którym miał powstać trawnik został nieco „wyżłobiony” i ok. 7-10 cm pod przyszłą powierzchnią trawnika została ułożona siatka na krety. Genialne rozwiązanie, polecam wszystkim. Naszą działkę, kiedyś ulubione miejsce kretów, wreszcie przestały zrobić rozrzucone co kilka metrów kopce ziemi. Na siatkę oczywiście poszła warstwa dobrej ziemi.

Ten etap jest też właściwy do założenia systemu nawadniającego, My niestety o nim nie pomyśleliśmy i teraz trawnik musimy podlewać ręcznie.

Przygotowanie podłoża pod trawnik to sprawa kluczowa. Jeśli macie w ogrodzie dobrą ziemię, wystarczy ją przekopać (leniwym z pomocą przyjdzie glebogryzarka), usunąć chwasty lub kamienie. Jeśli nie, rozsądnie będzie kupić trochę dobrej ziemi, która da trawnikowi energię na długi czas. Z nawiezionej ziemi należy również usunąć chwasty i kamienie. Ważna jest tez struktura ziemi. Gliniasta wymaga wymieszania z piaskiem, żeby nieco ją rozluźnić, piaszczystej przyda się nieco dobrej materii. 

Kolejnym krokiem jest wyrównanie terenu, np. grabiami, tak, żeby rozbić grudy ziemi, ale też usunąć wszelkie zagłębienia, czy górki. Taki dobrze wygrabiony teren teraz trzeba ubić – można to zrobić np. specjalnym wałem, który jest do wypożyczenia w wielu sklepach ogrodniczych. Wałem jeździmy najpierw w jedną stronę (raz obok razu), a następnie poprzecznie do niej.

To jest dobry moment, by wyznaczyć ostateczne granice trawnika i rabat, np. używając specjalnych obrzeży.

Ten etap jest dokładnie taki sam, zarówno dla trawnika wysiewanego, jak i tego z rolki.

#2 siejemy/układamy trawnik

Na wyrównany i zwałowany teren trzeba teraz wysiać nasiona. Jakie? Najlepiej dobrej jakości, dostosowane do miejsca, w którym trawnik będzie rosnąć. Nasz trawnik ma ok. 300 m2 i znajdują się na nim dwa rodzaje traw: jeden do miejsc cienistych, druga do suchych i nasłonecznionych. Nasiona kosztowały ok. 500 zł, wystarczyło ich zarówno na wysiew, jak i późniejsze dosiewki. To była jedna z lepszych inwestycji, trawa wygląda naprawdę bardzo dobrze. Trawy z supermarketów, szczególnie te tanie, to dokładanie sobie dodatkowej pracy i kosztów. Wiele z nich rośnie bardzo szybko, nieestetycznymi kępkami i trzeba sporo zabiegów, by taki trawnik zaczął wyglądać dobrze.

Ile kupić nasion? Ok 3 kg na każde 100 m. Przyda się też siewnik, który ułatwi równomierne rozmieszczenie nasion. Trawę siejemy „na krzyż” – najpierw w jedną stronę, następnie poprzecznie do wcześniejszych wysiewów. Wiatr nie ułatwia pracy, więc do siewu najlepiej wybrać dzień bezwietrzny. Świetnie, gdyby ziemia była lekko wilgotna, można ją zwilżyć dzień lub kilka godzin przed sianiem.

Po wysianiu trawy, powierzchnię ziemi lekko grabimy, żeby nasiona zmieszały się z glebą, oraz ponownie wałujemy. Na koniec nowo zakładany trawnik trzeba podlać, ale bardzo delikatnym, rozproszonym strumieniem, żeby nasiona i poruszona ziemia nie spłynęły. Trawnik trzeba utrzymywać stale wilgotny. Po kilku dniach powinny pojawić się pierwsze nasiona, po ok. 10-14 dniach ziemia będzie już dobrze pokryta zielonym meszkiem.

Trawnik z rolki po prostu wykłada się na wyrównany, zwałowany teren, o lekko zwilżonej ziemi. Co ważne, miejsca łączeń nie mogą być obok siebie, należy je układać „na mijankę”. Na koniec trawnik z roki również należy zwałować i regularnie podlewać. Zarówno trawnik z rolki, jak i ten siany kosimy kiedy źdźbła osiągną ok. 10 cm. Siany trawnik w pierwszym roku raczej nie będzie spektakularny, ale już w następnym sezonie powinien zamienić się w piękny, zielony dywan.

My zdecydowaliśmy się na trawnik siany, za radą ogrodnika, który twierdzi, że taka murawa jest zdecydowanie bardziej trwała, i łatwiej dobrać odpowiednie nasiona do terenu o zróżnicowanych warunkach świetlnych, jakim jest nasz ogród. W naszym ogrodzie są zarówno miejsca nasłonecznione i bardzo suche, zacienione i bardzo suche, jak i zacienione i wilgotne. Każde wymaga nieco innych odmian traw.

# 3 pielęgnacja przez cały sezon

Zaczyna się na przełomie marca i kwietnia. Przez kilka lat kolejne dni tygodnia, kiedy trawnik już wystarczająco obsechł po zimowych miesiącach, przeznaczaliśmy na żmudne wygrabywanie obumarłej trawy i mchu, który na naszym zacienionym trawniku czuje się jak mchowym raju. Baliśmy się trochę wertykulacji, ze względu na siatkę na krety – byłam przekonana, że wertykulacją ją ponacina.

Kiedy wgryźliśmy się nieco bardziej w temat okazało się, że wertykulator w ogóle nie zagraża siatce, wcina się tylko kilka milimetrów w ziemię, a efekty jego działania są spektakularne! Mimo, że nasz trawnik był wcześniej dobrze wygrabiony (tak nam się wydawało), każdy przejazd kilkudziesięciu metrów wertykulatorem zapełniał filcem cały duży worek.
Po wertykultorze w ruch poszedł aerator, który nakłuwa powierzchnię trawnika sprawiając, że do korzeni dostaje się więcej powietrza.
Szczerze mówiąc po wertykulacji trawnik przez kilka dni wygląda jak nieszczęście, ale potem nabiera zupełnie nowej energii. Jeśli plamy bez trawy są duże, warto w tym momencie dosiać trochę trawy.

W ciągu kilku dni po wertykulacji warto trawnik nawieźć. Dobry jest humus, ale mogą to być także tradycyjne nawozy do trawników. Trawnik nawozi się kilka razy w sezonie, w zależności od tego, na jaki nawóz się zdecydujecie. Informacji o częstotliwości nawożenia szukajcie na opakowaniu.

Dla mnie jednym z ważniejszych zabiegów służących wyglądowi trawnika jest także przycinanie obrzeża. Nic tak dobrze nie robi trawnikowi jak piękna, równa krawędź. Można ją uzyskać dzięki specjalnemu szpadelkowi w kształcie półksiężyca. Krawędź wystarczy przyciąć dwa razy w roku, a mniej więcej co drugie koszenie warto specjalnymi nożycami skracać wystającą spoza krawędzi trawę.

Z trawnika w trakcie sezonu warto też usuwać chwasty. Jeśli poświęcicie temu trochę czasu, nie zdążą zakwitnąć i się rozsiać.
Trawnik trzeba kosić przynajmniej raz na tydzień, począwszy od kwietnia/maja (w zależności od pogody). Jeśli macie kosiarkę bez kosza, skoszoną trawę dobrze jest zebrać lub rozgrabić, żeby zalegające kupki nie niszczyły żywej trawy pod spodem. Skoszona trawa to doskonały nawóz dla trawnika, rozkładając się uwalnia do ziemi azot, jednak jej nadmiar też nie jest dobry. Skoszoną i wysuszoną trawę można używać jako ściółki na rabatach i w warzywniku.

Jeśli Wasz trawnik rośnie na gliniastym podłożu, jesienią warto ponownie wykonać aerację.

Jesień to też czas jesiennego nawożenia, trzeba jednak zastosować do tego specjalny, przeznaczony do tego okresu w roku nawóz. Ma on składniki, które pozwolą trawnikowi lepiej przetrwać zimę i uniknąć chorób.

Jesienią koniecznie trzeba także zgrabić z trawnika liście. Pozostawione na nim mogą doprowadzić do chorób grzybowych, a nawet do zamarcia trawy.

Grillowane warzywa

Grillowane warzywa

To jeden z moich ulubionych letnich przepisów. Nie dość, że idealnie pasuje do menu grillowego popołudnia z przyjaciółmi, to jeszcze genialnie smakuje. Co więcej, przygotowanie tego dania jest banalnie proste i zajmuje zaledwie kilkanaście minut.

Grillowane warzywa to typowa włoska przystawka. Może być zarówno samodzielnym daniem, sałatką, jak i dodatkiem do np. ryżu czy makaronu. Nazwa jest po części myląca. Danie to można oczywiście przygotować na grillu, jednak taki tradycyjny, dymiący, na węgiel drzewny, może nieco „przejąć” smak warzyw. Dlatego grillowane warzywa zdecydowanie lepiej przygotować na patelni grillowej, na grillu gazowym czy elektrycznym. W tej wersji smak będzie idealnie zbalansowany.

Czego potrzebujesz (na ok. 6-8 osób):

  • dwie średniej wielkości cukinie
  • dwa średniej wielkości bakłażany
  • oliwa z oliwek
  • sól, najlepiej himalajska
  • natka pietruszki (mały pęczek)
  • 4 ząbki czosnku

Przygotowanie:

  • bakłażany i cukinie pokrój na cienkie (3 mm) plasterki. Rozłóż na desce, posól i odłóż na kwadrans, a następnie ręcznikiem papierowym delikatnie otrzyj powstałe kropelki
  • dobrze rozgrzej patelnię grillową z odrobiną oliwy z oliwek, rozłóż na niej plasterki warzyw i odrobinę posól. Grilluj po kilka minut z każdej strony, do miękkości
  • zgrillowane warzywa rozłóż na talerzu, polej odrobiną oliwy z oliwek, rozsmaruj na nich wyciśnięty czosnek (nie przesadzaj z ilością, wystarczy kilka „ziarenek” z wyciskarki; czosnek delikatnie się sparzy od ciepła warzyw, ale przy zbyt dużej ilości może być ostry) i posyp pokrojoną natką pietruszki. W ten sposób układaj na talerzu kolejne warstwy zgrillowanych warzyw, polanych oliwą i doprawionych natką i czosnkiem.
  • na koniec nakryj danie folią spożywczą (na ok. 15 min), dzięki temu smaki jeszcze lepiej się przenikną. Przygotowuj je najlepiej na chwilę przed spotkaniem i podawaj jeszcze lekko ciepłe.

Smacznego!

Jak uprawiać pomidory

Jak uprawiać pomidory

Nic nie równa się smakowi samodzielnie wyhodowanych pomidorów. Te rosnące na słońcu zachwycają słodyczą i przywołują na myśl dzieciństwo. Pamiętam, jak będąc dzieckiem, zakradałam się do szklarni, by podkradać dojrzewające pomidory, jeszcze gdzieniegdzie zielonkawe, ale nieziemsko pyszne. To wspomnienie zmotywowało mnie kilka lat temu, do posadzenia pierwszego pomidora, w doniczce na balkonie wieżowca, w którym mieszkałam. To cud, ze przeżył i wydał owoce. Siódme piętro, wystawa południowa, zero nawozu przez cały sezon, a i tak dał radę. To był typowy pomidor koktajlowy. W kolejnym roku postawiłam sobie poprzeczkę wyżej, posadziłam odmiany tradycyjne, wysokie. I znowu sukces, lekko tylko skalany suchą zgnilizną wierzchołkową na jednym krzaczku. Z roku na rok powierzchnia moich pomidorowych upraw rosła, a wraz z nią doświadczenie. Jeśli macie ochotę poczytać, to poniżej podzielę się z Wami moimi pomidorowymi obserwacjami.

Skąd wziąć sadzonki pomidorów?

Prościzna. Wiosną, w okolicach kwietnia, sadzonki pomidorów można znaleźć niemal na każdym lokalnym bazarze i wielu sklepach ogrodniczych. To rozwiązanie najłatwiejsze, nie trzeba się męczyć z przygotowaniem rozsady i dbaniem o nią przez wiele tygodni. Minus jest taki, że można dostać tylko te odmiany, które akurat są dostępne, a to niekoniecznie mogą być te ulubione. Dlatego ja od kilku lat sama przygotowuję rozsadę, stawiając tylko na te odmiany, które lubię, nasionka najczęściej zbieram z pomidorów uprawianych w minionym sezonie. Wysiewam je, odstawiam na słoneczny parapet, podlewam i przesadzam, kiedy robią się za duże. Satysfakcja z uprawy pomidorów „od ziarenka” jest zdecydowanie większa niż tych z rozsady, ale nie warto mieć kompleksów, jeśli zdecydujecie się na łatwiejsze rozwiązanie. Najważniejsze to wybrać odmiany, które najbardziej odpowiedzą waszym gustom i jak najlepiej będą pasowały do miejsca, w którym zamierzacie je uprawiać. Pomidory szklarniowe niekoniecznie dobrze będą rosły w gruncie, podobnie jak te, które szczególnie lubią ciepło.

Coraz częściej sadzonki pomidorów można dostać też w ramach wymiany organizowanej przez ogrodników-amatorów w mediach społecznościowych. Szukajcie takich ofert lub sami publikujcie ogłoszenie.

Kiedy sadzić?

Nie za wcześnie. Najczęściej wymieniana data to 15 maja (wówczas mija ryzyko przymrozków), ale nie ma sensu się spieszyć, co pokazał ten rok, z dwoma bardzo zimnymi tygodniami już po „zimnej Zośce”. Biorąc pod uwagę, jak zmienia się klimat, warto każdego roku przyglądać się prognozom pogody i myśleć o wysadzeniu pomidorów dopiero kiedy noce stają się w miarę ciepłe (powyżej 10 stopni). Oczywiście w szklarni pomidory można sadzić nieco wcześniej, z mojego doświadczenia wynika, że 1 maja to najwcześniejszy termin (mieszkam w Lublinie, na wschodzie kraju, ogrodnicy z centralnej i zachodniej Polski z pewnością mogą to zrobić wcześniej).

Przed wysadzeniem pomidory trzeba przez jakiś czas hartować, wystawiając je przez kilka dni na kilka godzin na zewnątrz, żeby przyzwyczaiły się do bardziej ostrych warunków, niż te, które mają na domowym parapecie.

Lokalizacja

Pomidor uwielbia kąpać się w słońcu. Jego owoce stają się wówczas wyraziste i pełne smaku. Lubi też stale wilgotną ziemię. Sadzonki powinny mieć dużo miejsca, bo pomidor to całkiem spora roślina. Pół metra pomiędzy krzaczkami da im dobry dostęp do światła i pozwoli na przewiew powietrza.

Jeśli sadzisz pomidory rok po roku w tym samym miejscu (np. dlatego, że trudno co rok zmienić lokalizację szklarni ;), postaraj się wymienić jak najwięcej ziemi.

Jak sadzić?

Głęboko! Pomidor to jedna z niewielu roślin, które możesz posadzić głębiej niż wcześniej rósł w doniczce. Odpłaci się za to pięknym, rozbudowanym systemem korzeniowym, który wypuści na całej długości łodygi zakopanej pod ziemią. Głębokie sadzenie stabilizuje pomidora i pozwala mu dotrzeć do głębokich, wilgotnych i żyznych warstw gleby. Pamiętaj, żeby przed zakopaniem rośliny usunąć liście, które znalazłyby się pod ziemią, inaczej łatwiej złapie choroby.

Co zrobić, gdy pomidor zbyt „wybuja”? Czasami dzieje się tak, gdy roślina na parapecie nie dostaje wystarczająco dużo światła. Sadząc takiego pomidora wykop głęboki, ukośny dołek i umieść w nim sadzonkę (nieco ją wyginając), górną część podwiązując do palika.

Ziemię wokół sadzonki warto wyściółkować, żeby lepiej zachowała wilgoć. Świetnie sprawdzi się do tego słoma.

W dołek pod pomidora warto wsypać nieco tłuczonych lub sproszkowanych skorupek jajek, zapobiegnie to suchej zgniliźnie wierzchołkowej. Drugi trik to ułożenie na dnie dołka zielonej pokrzywy, powoli rozkładając się zapewni pomidorowi składniki odżywcze.

Obrywaj wilki

Większość pomidorów najpierw rośnie w górę, wypuszczając po dwa listki na kolejnych pietrach, a potem zaczyna się rozkrzaczać i niepilnowana zamienia się w prawdziwego pomidorowego monstera. Dlatego koniecznie trzeba usuwać boczne gałązki, tzw. wilki, które łatwo rozpoznać, bo wyrastają z kątów pomiędzy łodygą, a liściem. Jeśli ich nie usuniemy, roślina będzie zdecydowanie słabiej owocować, dużą część swojej energii skupiając na dokarmianiu masy zielonych gałązek. Pomidory zwykle prowadzi się na jeden pęd – czyli zostawia tylko jedną łodygę, z której wyrastają gałązki z owocami, lub na dwa pędy, wówczas zostawia się zasadniczą łodygę i jeden z pierwszych dolnych wilków. Resztę bezwzględnie trzeba usuwać.

Jak podlewać?

Regularnie, najlepiej, żeby ziemia nie przesychała, bo pomidorom bardzo szkodzą wahania wilgotności. Błędem jest jednak zbyt intensywne podlewanie. Nie dość, że wypłukuje składniki odżywcze, to jeszcze utrudnia dostęp tlenu do korzeni. Warto pomidory podlewać np. zawsze wieczorem lub rano, kiedy ziemia nie jest zbyt mocno rozgrzana. Absolutnie nie można moczyć liści pomidora, polewać należy pod korzeń, a nie po całej roślinie. Przypadkowe zmoczenie liści raz na jakiś czas im nie zaszkodzi, ale lepiej tego unikać.

Daj im jeść

Pomidory to żarłoki. Doskonale im służą nawozy organiczne, szczególnie popularne są gnojówki z pokrzyw (do kwitnienia) i żywokostu (w trakcie kwitnienia). Niezależnie od tego, na jaki nawóz postawicie, warto nawozić regularnie, zgodnie ze wskazówkami dotyczącymi danego nawozu. 

Jeśli szukasz najlepszego nawozu, tu możesz przeczytać o teście, który zrobiłam nawozom organicznym.

Podeprzyj i osłoń

Pomidory wyrastają w większości na duże, dorodne krzaczki, niektóre potrafią osiągnąć nawet 2m wysokości. Dlatego bardzo ważna jest solidna podpora. U mnie świetnie sprawdzają się bambusowe tyczki, dwumetrowe lub dłuższe, głęboko wkopane w ziemię. Dodatkowo stabilizuję je przywiązując do tych pionowych 2-3 poprzeczne tyczki.

Jeśli macie taką możliwość, w upał warto osłaniać pomidory przed palącym słońcem. Świetnie sprawdzi się mata cieniująca lub wiosenna flizelina.

Powodzenia!

Mam nadzieję, że przydadzą Ci się te rady i Twoje pomidory obrodzą jak szalone. Jeśli będziesz mieć problem z pomysłem, jak je wykorzystać, polecam pyszne pomidorowe gazpacho, prostą sałatkę z pomidorów lub passatę pomidorową na zimę.

Blanszowane pędy czosnku

Blanszowane pędy czosnku

Pędy kwiatostanowe czosnku są jak prawdziwy skarb, rarytas, na który czeka się całą wiosnę. Smakują delikatnie, ale nietypowo, trochę jak fasolka szparagowa, trochę jak szparagi, na pewno nie jak czosnek. Przygotowuje się je bardzo łatwo.

Blanszowane pędy czosnku

Przygotowanie:

  • weź dowolną ilość pędów kwiatostanowych czosnku, przepłucz je zimną wodą.
  • w sporym garnku zagotuj wodę z odrobiną soli. Do gotującej się wody wrzuć pędy czosnku. Woda powinna je zakrywać. Gotuj 5-7 minut, do miękkości, na koniec odcedź.
  • w międzyczasie na patelni rozpuść dwie łyżki masła, dodaj łyżkę bułki tartej i poczekaj aż się zrumieni. Masło z bułką przełóż do garnka z pędami czosnku i wymieszaj.
    Prościzna, prawda?

Młode pędy czosnku świetnie sprawdzą się jako przystawka lub sałatka do dani głównego. My zjadamy je bez dodatków, ciesząc się ich niezwykłym smakiem.

Z pędów młodego czosnku można też przygotować smaczne pesto.

Smacznego!

Wielki test nawozów

Wielki test nawozów

Mój pierwszy pomidor, hodowany na balkonie na VII p. wieżowca w środku miasta, nigdy nie zaznał nawozu. Nie to, żebym mu go żałowała, po prostu nie wiedziałam, że warto nawozić pomidory. Szczerze mówić rósł całkiem nieźle. Dopadła go wprawdzie w pewnym momencie sucha zgnilizna wierzchołkowa, ale plon wydał taki, że ledwie byłam w stanie przerobić moje pomidorowe zbiory.

W następnym roku przyłożyłam się nieco bardziej, poczytałam co pomidory lubią i kupiłam nawóz, jakiś zupełnie przypadkowy, niestety niekoniecznie organiczny. Dobrze się sprawdzał, więc trzymałam się go przez jakiś czas. Potem jednak wzrosła moja ekoświadomość i doszłam do wniosku, że skoro już zadaję sobie trud uprawy własnych warzyw, tonie powinnam ich karmić chemią. I tak mój wzrok powędrował na półkę z nawozami organicznymi. Stosowałam różne. Najczęściej humus, zdarzało mi się też przygotowywać gnojówki. O żadnym nie jestem w stanie powiedzieć nic szczególnego, nie dlatego, że nie działały, po prostu nie skupiałam się na obserwacji efektów ich działania.

Pora powiedzieć „sprawdzam”

W tym roku postanowiłam podejść do tematu bardziej strategicznie. Chcę odpowiedzieć na pytanie, co i jak faktycznie działa. Wytypowałam trzy rabaty, które będę traktować trzema różnymi nawozami i sprawdzę, który z nich najlepiej służy roślinom. Krzaczki będą rosły w tym samym warzywniku i w takich samych warunkach, w ziemi o takiej samej jakości.

Jakie nawozy wybrałam

1. Humus

Podlewałam nim rozsadę, której po jakimś czasie wzrostu w doniczce zwyczajnie zaczęło brakować składników odżywczych. Humus powstaje na bazie obornika, jest też wzbogacany przez efekty pracy dżdżownic, dzięki czemu zawiera bardzo dobrą dla roślin mikroflorę bakteryjną. Z założenia ogólnie dobrze wpływa na stan roślin i ich odporność, pozwala uzyskać wyższe plony i lepszym smaku. Jest nie tylko bezpieczny dla ludzi, ale i środowiska.

Humus stosuje się rozcieńczony. Sadząc pomidory zalewa się dołek płynem w stosunku 1:10 (czyli np. 0,5 l humusu na 5 l wody). Następnie, co dwa-trzy tygodnie, pomidory zasila się humusem w stężeniu 0,5:10, (czyli 250 ml preparatu na 5 l wody). Trzeba to robić aż do zbiorów.

2. Eko nawóz

Drugi nawóz wybrałam trochę przypadkowo, ale cieszę się, że mam możliwość jego testowania. Zanim zdecydowałam się, który środek wprowadzę do mojego testu, odezwał się do mnie dystrybutor włoskiego nawozu organicznego SPAA. Przesłał certyfikaty o dopuszczeniu nawozu do rolnictwa ekologicznego i zapytał, czy chciałabym go przetestować. Pewnie, czemu nie!

Otrzymałam do testów dwa preparaty, które mają działanie zarówno stymulujące, jak i odżywcze, zawierają aminokwasy, wyciągi z roślin oraz mikro i makroelementy. Pierwszy, Surnan S wspiera rośliny w fazie wzrostu, w tym czasie spryskuje się nim rośliny 2-3 krotnie roztworem (2 duże łyżki środka na 5 l wody). Drugi nawóz, Engros BIO, stosuje się podczas zawiązywania owoców. Od pojawiania się kwiatów należy nim wykonywać oprysk co 15-20 dni, aż do zbiorów (roztwór również 2 duże łyżki środka na 5 l wody).

3. Gnojówki

Pierwsza: z pokrzyw. Dostarczy pomidorom mnóstwo składników pokarmowych, głównie azotu, ale też potasu, żelaza i magnezu, manganu i wapnia. Doskonale wpływa głównie na wzrost i kondycję roślin, ale poprawia też ich odporność na choroby. Gnojówkę z pokrzyw stosuje się rozcieńczoną z wodą w stosunku 1:10 (czyli 0,5 l na 5 l wody) i podlewa nią pomidory co 2 tygodnie, aż do momentu kwitnienia.

Druga: z żywokostu, najlepiej kwitnącego. Ten z kwiatami ma zdecydowanie więcej potasu, który wspiera rozwój kwiatów i owoców. Gnojówkę z żywokostu stosuje się w rozcieńczeniu 1:5 (czyli 250 ml gnojówki na 5 l wody), podlewa się nią pomidory, paprykę i bakłażany co 2-3 tygodnie.

Jak zrobić gnojówkę z pokrzyw lub żywokostu:

do dużego naczynia (nie metalowego) należy włożyć 1 kg poszatkowanych liści żywokostu lub pokrzywy i zalać 10 l wody. Zawartość trzeba mieszać przynajmniej raz dziennie, żeby napowietrzyć miksturę. Gnojówka jest gotowa, gdy przestaje się pienić. Wówczas warto ją odcedzić i przenieść np. do kanistrów. Stosować we właściwym rozcieńczeniu.

Co dalej?

Poszczególne rabaty będę nawozić w częstotliwości zalecanej do konkretnego nawozu. Co tydzień będę robić zdjęcie i porównywać efekty.

 

Kalendarium:

1 czerwca:

Pierwsze nawożenie. Moje pomidory w większości jeszcze nie kwitną, są mocno osłabione bo zbyt długim, ze względu na zimną pogodę, przebywaniu w małych doniczkach. Ostatnie dwa tygodnie tez były dosyć zimne, mimo, że termin przymrozków już minął. A skoro nie kwitną, to zastosowałam humus, a także gnojówkę z pokrzyw i nawóz Surnan, przeznaczone do roślin na właśnie takim etapie wzrostu.

15 czerwca:

Po dwóch tygodniach od pierwszego nawożenia widać już lidera. Zdecydowanie najlepiej wyglądają rośliny nawożone gnojówką z pokrzyw. Drugie miejsce zajmują nawozy organiczne (Surnan) i humus, efekty ich działania są bardzo podobne.

1 lipca:

Kolejne dwa i pół tygodnia bez zmiany na pozycji lidera. Pomidory nawożone gnojówkami wyglądają zdecydowanie najlepiej. Ponieważ pomidory zaczęły kwitnąć zaczęłam stosować gnojówkę z żywokostu (wcześniej, do kwitnienia, stosowałam gnojówkę z pokrzyw), mam jednak mały problem z dostępnością tej rośliny (tam, gdzie rośnie, niestety ktoś dosyć regularnie kosi pobocze).

Zdecydowanie największą poprawę w tym okresie odnotowały pomidory nawożone nawozami SPAA Polska (Surnan). Wcześniej bliżej im było do efektów hummusu, teraz zdecydowanie zbliżyły się do lidera – gnojówek.

Pomidory nawożone humusem wyglądają najsłabiej, mają drobne, dosyć rzadkie listki, ale owocują.

Na dziś wydaje się, że najlepiej działają naturalne gnojówki. Powstają za darmo, wystarczy poświęcić trochę czasu na zebranie pokrzyw lub żywokostu. Minusem jest mocny, nieprzyjemny zapach, jaki wytwarza się podczas ich produkcji, czas produkcji (2-3 tygodnie) oraz dostępność składników. O ile z pokrzywami nie ma problemu, o tyle o żywokost już trochę trudniej.

Biorąc pod uwagę, że pomidory nawożone nawozami organicznymi od SPAA Polska na tym etapie niewiele różnią się od tych nawożonych gnojówkami, produkty te mogą być niezłą alternatywą. Minusem są koszty – za te nawozy trzeba zapłacić, w przeciwieństwie do gnojówek, jednak są gotowe do użycia od razu, a opakowanie nie pozwala roznosić się po ogrodzie nieprzyjemnemu zapachowi gnojówki 😉

1 sierpnia:

Znów na wyraźne prowadzenie zaczęły wychodzić pomidory nawożone gnojówkami, mają zdecydowanie więcej owoców, lepiej znoszą zarazę ziemniaka. Rośliny wyglądają zdrowiej. 

W skrzyni nawożonej nawozami SPAA Polska pojawiła się sucha zgnilizna wierzchołkowa. Być może powodem jest zmywanie nawozu przez nieustannie padające deszcze. W skrzyni “gnojówkowej” sucha zgnilizna nie dopadła nawet pomidorów, które “zawsze” ją łapią, czyli odmiany Cornabel.

Skrzynia nawożona humusem ma się najgorzej, rośliny są drobniejsze, owoców jest mniej. 

Pyszne pesto z rukoli

Pyszne pesto z rukoli

Rukola jest w moim ogródku zawsze. Poza tą w gruncie, mam trzy krzaczki, które od kilku lat rosną w szklarni i dają plon nawet zimą. W zamrażarce mam też zawsze parmezan, a w szafce zapas makaronu. Kiedy zatem brakuje mi weny do zrobienia obiadu, stawiam na prostotę: zrywam parę garści rukoli i wstawiam wodę na makaron. Piętnaście minut później mam gotowy pyszny obiad.

Czego potrzebujesz:

  • kilka garści, ok. 150 g rukoli
  • duży ząbek czosnku
  • dwie łyżki orzechów – najlepiej włoskich lub piniowych
  • czubatą łyżkę parmezanu
  • oliwę z oliwek – 5-6 łyżek
  • sól i pieprz do smaku
  • makaronu, najlepiej podłużnego, w typie spaghetti

Przygotowanie:

  • W dużym garnku zagotuj wodę z solą na makaron. Kiedy zacznie wrzeć wrzuć makaron i gotuj zgodnie z czasem podanym na opakowaniu.
  • Rukolę opłucz i włóż do misy blendera (ilka listków zostaw do dekoracji dania). Dodaj wyciśnięty ząbek czosnku, parmezan, podprażone na patelni orzechy (kilka zostaw do dekoracji dania), sól i pieprz oraz oliwę. Zmiksuj całość na jednolitą masę.

  • Odcedź makaron, zostawiając odrobinę wody z gotowania. W garnku, w którym gotował się makaron zmieszaj go z pesto z rukoli, przez chwilę podgrzewając całość. Jeśli danie wydaje się zbyt suche, dolej odrobinę wody z gotowania makaronu i wymieszaj.
  • Przed podaniem przystrój danie kilkoma listkami rukoli i poszatkowanymi orzechami.

Prawda, że proste?

Do przygotowania takiego pesto możesz użyć niemal każdej innej zieleniny: bazylii (klasyk), natki pietruszki, listków czosnku niedźwiedziego, czy młodych listków kalarepy.

Smacznego!